Oszczędzanie | Jak wyjść z długów | Jak kontrolować wydatki
Blog > Komentarze do wpisu

Per aspera ad... czyli oszczędzanie nie jest łatwe

Mija rok odkąd wystartował frugal.blox.pl (no, prawie rok), mijają dwa lata odkąd dotarła do mnie gorzka prawda, że moje finanse to jeden wielki bałagan. Wtedy zacząłem szukać. Sposobów, pomysłów, metod, jak to wszystko naprawić. Długą drogę przeszedłem, dłuższa jeszcze przede mną. Warto było, warto jest, ale... to wbrew pozorom nie jest łatwe.

Często słyszę: "Wystarczy chcieć!", "Zmień nastawienie!", "Uwierz!", "Zacznij!" a wszystko się odmieni. Być może. W moim wypadku od "chcieć" do "zmiana" było daleko.

Powiem Ci, jak to wyglądało, żebyś nie zniechęcał się bez potrzeby. A zniechęcić się można szybko, gdy nafaszerowany pozytywnym nastawieniem po lekturze jednego z mistrzów motywacji (tak, tak... nie Ty pierwszy widziałeś oczyma wyobraźni miliony po książkach Kiyosakiego czy Allena) zaczniesz borykać się z tzw. szarą codziennością. Oto w skrócie, przez co ja przeszedłem:

1. Poczucie, że coś jest nie tak. Pierwsza pensja, pierwsze raty, pierwsze dodatkowe zarobki, pierwsza pożyczka z banku, pierwsza zmiana pracy, pierwsza karta kredytowa, pierwsza podwyżka, pierwszy kredyt odnawialny. Toniesz. Mimo że zarabiasz pieniądze, o jakich kilka lat wcześniej nie marzyłeś.

2. Postanowienie, że trzeba coś zmienić. I pytanie: jak? Odkrywasz, że nie masz pojęcia, jak się pozbyć długów. Wpisujesz w Google: jak wyjść z długów/how to get out of debt i czytasz. Czytasz. Czytasz. Czytasz... No tak - kiwasz głową. Hmm - mruczysz przy lekturze. No przecież - krzyczysz jak Eureka czy inny Archimedes.

3. Pragnienie, by działać. Bo przecież wszystko już wiesz. Bo przecież przeczytałeś. Te 10000, 20000 pln długów znikną jak sen jakiś upiorny. Zaciskasz pasa. Mija miesiąc. Mijają dwa. Oszczędzasz. Dajesz sobie nagrodę, popuszczasz pasa. Pozbyłeś się 300 złotych długu. Potem odebrałeś z tego 200 złotych nagrody na fajny weekend. Po dwóch miesiącach wyszedłeś o 100 złotych do przodu. Słabo. Martwisz się.

4. Przekonanie, że to wszystko bez sensu. No bo przecież przeczytałeś tyle blogów, książek tyle. Przecież wiesz. Tam mówią: bogaty, bogaty, wolność finansowa, bogaty, nie musisz pracować, jesteś właścicielem biznesów, twoje pieniądze pracują na Ciebie. Piękne. A nawet możliwe. Ale jak to się ma do mojej sytuacji, do tych moich cholernych długów. Ja mam 20000 do spłacenia, które nie pozwalają mi iść do przodu. Poddajesz się.

5. Przewidywanie przyszłości. Nie wyszło, coś się nie udało, ale jeśli nic nie zmienię za 2 lata, za 3 będzie jeszcze gorzej. Wracasz do punktu 2. Znów czytasz. Wiesz jakie błędy popełniłeś, wiesz, że to nie zabawa. Zaczynasz działać od nowa. Ostrożniej. Rozsądniej. Eliminujesz bzdurne wydatki. Ale nie dla lepszego samopoczucia, że coś zaoszczędziłeś. Każda oszczędność (gazety, telewizja, jakieś abonamenty, cowieczorne dwa piwka) idzie na spłatę długów. Ziarnko do ziarnka... (wiem, wyświechtane, ale działa).

6. Udaje się. Maszyna zaczyna się toczyć. Znajdujesz dodatkowy zarobek (w moim wypadku z uporządkowaniem podejścia do pieniędzy zbiegły się: moja podwyżka i znalezienie pracy przez żonę). Wszystko nabiera tempa.

Pamiętaj. Nie wymyślisz nic nowego. Stare zasady: oszczędzaj, spłać długi - działają. Potem: wolność finansowa, bogactwo, inwestycje - czemu nie? Skoro jedno się udało trzeba iść dalej.

To są proste kroki, ale wcale nie są łatwe.

Zobacz też: 10 najpopularniejszych wpisów na frugal.blox.pl i odwiedź mnie na Facebooku.

piątek, 23 października 2009, frugal

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: grapkulec, 62.29.173.*
2009/10/23 07:44:16
jak to mówi mój kumpel "fkin right, doggy!" :)

kiyosaki czy inni spece od spraw finansowych brzmią bardzo przekonująco, ale podczas czytania nie masz przed oczami tego co oni przeszli zanim dorobili się i mądrości i pieniędzy. widzisz tylko te dolary. i zaczynasz stosować płatki śniegu, kulki śniegu, lawinę śniegu i okazuje się, że wcale nie jest łatwiej. ok, odkładasz coś, ale życie nie nabiera wesołych kolorów. obiecywane wyzwolenie okazuje się jeszcze większym ciężarem. problem w tym, że prawdopodobnie większość z natchnionych lekturami mędrców w tym momencie stwierdza "pół roku poświęcenia i mam z tego parę stówek? lepiej żyć na maxa i jakoś to będzie". i pieniądze znowu zaczynają się rozłazić na pierdoły. myślę, że z oszczędzaniem jest jak z rzucaniem nałogów. najpierw euforia, potem kryzys i syndrom odstawienia, i dopiero potem świadomość, że się udaje, że jednak można, że jednak potrafię.
-
Gość: , 88.220.114.*
2009/10/23 09:28:59
Fajny wpis, zresztą jak wiele, wiele innych. Tylko końcówka pkt. 2 bije po oczach.
Eureka (znalazłem) okrzyk rzekomo wydany przez Archimedesa.
-
frugal
2009/10/23 10:19:34
@Gość: Wiem, że może nie zawsze widać, ale zawsze staram się pisać świadomie ;) Podstawowe lekcje w szkole też odrobiłem :) To miał być taki maluteńki żart (zresztą Archmides pojawił się tam po to, żeby jeszcze mocniej zasugerować, że wiem, co znaczy 'Eureka' i kto to powiedział). No coż, żart się nie udał ;) Niemniej dziękuję za czujność.
@grapkulec: Te książki są świetne jako pierwszy impuls, ale tylko impuls. Zaczynasz działać. Ale potem potrzeba konkretów. Dlatego tak bardzo szanuję Dave Ramseya, który pokazuje "jak" a nie tylko obiecuje złote góry.
-
Gość: Agaru, 88.220.156.*
2009/10/23 14:11:55
Wpis mi sie podoba, bo faktycznie jest szczery. Niech nikt nie mówi, że oszczędzanie, czy wyjście z długów jest super łatwe i tylko trzeba wiedzieć jak. Tak - trzeba wiedzieć jak, ale trzeba wiedzieć też, że nie od razu zbuduje się fundusz awaryjny, nauczy oszczędzać, rozpocznie inwestowanie i... stanie się milionerem ;)

Frugal - bardzo mi podoba u Ciebie to, że pokazujesz na swoim przykładzie, że błędów się nie ustrzegniemy w żadane sposób. Dobrze uczyć sie na cudzych błędach, ale swoje też trzeba przejść...

Wbrew pozorom takie właśnie wpisy o wiekszych lub mniejszych potknięciach są bardzo moblizujące do... niepopełnienia takich błędów ;) Sama teoria jest potrzebna, ale co życie, to życie ;) Życzę powodzenia, trzymam kcuki i do DZIAŁANIA...
-
2009/10/26 13:25:50
ogolnie ok, ale co mi sie nie podoba w tym blogu to to, ze wlasciwie to takie maslo maslane, kazdy wpis jest o tym samym, nic nowego od miesiecy sie nie pokazuje...szkoda
-
frugal
2009/10/26 17:52:41
@el.kocyk: 1. Oszczędzanie to powtarzalność: zachowań, nawyków, (niestety również) błędów. I ciągłe zastanawianie się: dlaczego? Jak można lepiej? To również powtarzalność pewnych sytuacji. Stąd może to wrażenie. 2. To blog o finansach osobistych, więc siłą rzeczy obraca się wokół określonej tematyki. 3. Zawsze jestem otwarty na Wasze pomysły, propozycje tematów, interesujące linki. Również krytykę :) Pozdrawiam.
-
Gość: Mari, *.internetdsl.tpnet.pl
2009/10/27 17:45:15
A co jeśli miałbyś długu nie 20000 jak piszesz, tylko pół miliona, jak ja. Dałam sie wciągnąć w pułapkę bez wyjścia, chociaż nie jestem skończoną idiotką (śmiem przypuszczać), najpierw oczywiście hipoteka, bo rodzina. Póżniej karty kredytowe, bo przyszły gorsze czasy i trzeba było tą hipotekę spłacać (dom najważniejszy, tak?) i czym tu spłacać jak pensja poleciała w dół - kartami! Póżniej propozycja wejścia w biznes, potrzeba było 50 tys, bank szybciutko dał kasę ale biznes nie wyszedł... od 2005 krok po kroku rósł mi dług aż do kwoty ponad 500 tys i rat miesięcznych ok 5 tys, czyli tyle ile zarabiam :). Dzisiaj znajduje sie nad przepaścią i nie wiem co zrobić, domu sprzedać nie mogę bo jeśli to zrobię - to oddam dług ale nie bede mieć gdzie mieszkac - 3 osoby, bo jesli bedzie jakaś "reszta" to nie starczy ona nawet na kawalerkę. Pracy z wiekszymi zarobkami nie znajde, a drugą już mam i wlasnie razem zbiera sie to 5... przyszło mi do głowy zeby ze sobą skończyć, chyba tylko to pozostaje
-
Gość: Emka, *.centertel.pl
2009/10/27 20:11:30
Mari, to przykre stracić dom, ale masz tylko jedno wyjście - sprzedać dom i wynająć mieszkanie dla rodziny, jesli tego nie zrobisz to spirala zadłużenia będzie się nakręcała i za parę miesięcy banki same Ci zabiorą dom i wtedy zlicytują za np. 50 % ceny, stracisz wtedy dom i część długów nadal pozostanie, ja bym się nie wahała, powinnaś zacząć od nowa, zanim zapłacisz za całą sytuację zawałem lub wylewem, wiele osób wynajmuje mieszkania, to nie jest koniec świata
-
Gość: Mari, 188.33.113.*
2009/10/27 20:31:13
Emka, myślałam o tym i pewnie bym to zrobiła gdyby nie... moja mama. To dla niej w gruncie rzeczy kupiłam ten dom, przeprowadziłam ja tutaj ze Slaska tych kilka lat temu bo myslalam ze robie dobrze, ze na starosc bedzie jej cieplo i wygodnie. Nie, nie na sile - ona podjela taka decyzje, ale teraz wlasnie mnie za to nienawidzi. Krótko mowiac wspolne zycie jest nie do zniesienia, to sa ciagle wyzwiska i zatargi jesli nie z nami to sąsiadami... szkoda gadac, zmierzam do tego, ze w domu jeszcze mozna jakos to zniesc, ona mieszka ponizej, ale w mieszkaniu? To nie mozliwe, na samą mysl siwieje, ona potrafi mi powiedziec tak straszne rzeczy ze nie mam ochoty wstawac rano zeby na to wszystko zasuwac dzien po dniu... stoje przed scianą i wiem, ze to żałosne, ale nie mam chęci do życia. Nie jestem jak z ksiązki, kiedy to przeciwnosci motywuja bohatera i na końcu stoi on w blasku chwały bogaty i szczesliwy... mnie to demotywuje, nie mam sily walczyc bo jak moge spłacic taki dług? nie da rady nijak, zadną pracą nie zarobie aż tyle żeby to płacić i jeszcze normalnie żyć. A odebralam wlasnie rachunek za prąd :) 876.43 ... pewnie byłam złym człowiekiem w poprzednim wcieleniu
-
frugal
2009/10/27 21:41:01
@Mari: Nie chciałbym zabrzmieć naiwnie, ale mam świadomość, że w obliczu Twoich trudności, każdy kto nie doświadczył czegoś podobnego, zabrzmi naiwnie. Niemniej... musisz uwierzyć, że - jak śpiewa klasyk - "nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać". Nie wiem, jak. Nie znam sytuacji. Ale z Twojego postu wynika, że jesteś kobietą z inicjatywą, która nie boi się działać. Teraz też potrzeba (bardziej pewnie niż kiedykolwiek) działania. Mówisz, że kłótnie z matką demotywują i ciągną w dół. Ale na pewno jest ktoś, na kogo możesz liczyć. Kto wesprze. Pomoże znaleźć rozwiązanie. Z całą pewnością musisz cholernie poważnie porozmawiać z rodziną (tak, również z matką). Wszyscy muszą zdać sobie sprawę, że potrzeba radykalnych decyzji. Wszyscy muszą się zaangażować. Być może warto wykorzystać kontakty, które masz z ludźmi, żeby poszukać pomocy. Wariant ze sprzedażą domu wydaje się słuszny, może konieczny. Ale może trzeba się sprężyć, zacisnąć zęby i zamieszkać na górze domu a dół wynająć pod jakąś działalność gospodarczą. Nie wiem, jakie będzie wyjście, ale musi być. Powiadasz: "jestem nad przepaścią". Mam gorącą, wielką prośbę: odwróć się od przepaści, wyjdź na prostą, potem podziel się z nami doświadczeniem i sukcesem. Mam też gorącą nadzieję, że zaglądają na ten blog ludzie, którzy mogą podsunąć skuteczne, prawdziwe rozwiązania, pomysły. Odezwijcie się do Mari!
Mari! Nie daj się!
-
Gość: Mari, 188.33.207.*
2009/10/28 09:46:01
@Frugal: Wiesz, jestem jeszcze na etapie buntu, nie wiem przeciwko czemu czy komu, złości mnie, że znalazłam sie w takiej sytuacji - ostatnie stadium choroby kredytowej. Może dlatego mnie to złości, ze nie dostałam nic w prezencie, na wszystko pracowałam sama i chyba tylko ambicja i twarda d..pa sprawiły, ze nie skończyłam w moim małym miasteczku gdzieś na Śląsku. Ale co z tego? Co miałam, to strace, albo 'pewnie' strace. Myśl o sprzedaży domu mnie boli, tak bo mama bo zwyczajnie sie nie da zyc na 50 metrach kwadratowych (chyba szpital dla umysłowo chorych w najlepszym przypadku by mnie czekał a w najgorszym kryminał) ale przede wszystkim boli mnie to, ze ten dom to wszystko co mam, kupiłam go mądrze, bo w 2005 za cene dzisiejszego M1 i bo jest sliczny i ma ogródek i jest jedynym dowodem na to, ze moge cos własnego miec. Nie da sie niestety podnająć jego czesci, bo to taki segment gdzie na dole salon i kuchnia a pokoje powyzej, jednorodzinny w scislym znaczeniu :/ Ja nie wiem nawet kiedy zaczelo byc az tak zle, chyba na jesieni zeszłego roku, zawaliło sie kilka spraw, a ja sobie zyłam dalej jakby to mnie nie dotyczyło... rok później bije głową w sciane nie widzac wyjscia z sytuacji. Żałosne.
-
2009/10/29 17:22:40
@Mari: jaki jest problem z mamą? czy nie ma nikogo kto mógłby się nią zaopiekowac dopóki nie staniesz na nogi? czy może mama cierpi na jakąś chorobę, leki wyciszające. Nie wyjdziesz z długów dopóki nie sprzedasz domu, niestety. Zarabiasz 5 tys zł, za tą kwotę spokojnie dasz radę wynająć mieszkanie a nawet domek oraz spokojnie starczy ci na zycie. Nie będzie to twoje mieszkanie/dom, ale za to nie bedziesz mieć też kredytu i długu. Przede wszystkim nie możesz robić z siebie kogoś kto dla innych wszystko a siebie zostawić na końcu, mama jak piszesz cię nie szanuje, wyzywa a ty dla niej dom kupiłaś, coś tu nie tak :/
Z każdej sytuacji jest wyjście :)
-
Gość: Mari, *.internetdsl.tpnet.pl
2009/10/30 13:30:21
@zabeczka84: problemem jest (chyba) depresja, ale tez potrzeba konfliktu, nie wiem skad sie biorąca, może w ten sposób chce zaznaczyc swoja obecnosc, choc wcale nie musi niczego zaznaczac bo cale zycie chodziłam wokół niej jak jajka - moze to a moze tamto.. Nie jestem w stanie powiedziec, ona odmawia wizyty u lekarza oraz wizyty domowej, musialabym ja ubezwłasnowolnić :/ I szczerze mówię - nie ma możliwości życia z mojamatka na jednym poziomie, czyli w mieszkaniu gdzie sie człowiek non stop mija z domownikami. Np. ona pali w domu, mimo moich prosb wielokrotnych, ma to gdzies, a dla mnie palenie to okropny nałóg, oszalałabym zabeczka84, gdybym miała tak funkcjonowac. A mama nie ma sie kto zaopiekowac, jestem jedynaczka a ona do swojej siostry sie nie wyprowadzi, powiedziala to mi wprost kiedy proponowalam.

Realnie podchodzac do sprzedaży domu, obejrzałam oferty z mojego osiedla na domiporta... jedna wisi od grudnia zeszłego roku mimo, że ceny domów spadły (do tego stopnia ze az boli).
-
2009/10/31 12:15:30
A czy mama w jakikolwiek sposób dokłada się do rat, życia itp? Wiesz, wchodzi jeszcze coś takiego jak sprzedaż domu, w 3/4 spłacić dług, za 1/4 kupić mamie kawalerkę (a jak nie kupić to włożyc wkład do TBSów, zawsze to 30 % tylko) a samej zabrać się za swoje życie. Depresja mamy jest jej depresją, skoro nie chce się leczyć a również odrzuca twoją pomoc (no bo jak nazwać to inaczej) to niech martwi sie sama, nie mówię o całkowitym zerwaniu kontaktów, ale o odseparowaniu jej życia od twojego. W innym razie za dwa lata sama wpadniesz w depresję... :/
-
Gość: płatnik, 89.108.255.*
2009/11/02 00:03:26
Kyosaki przede wszystkim, z tego co czytalem, napisal swoje ksiazki i dopiero potem stal sie bogaty i zaczal inwestowac (pomijam fakt, ze nie wszytkie te inwestycje mu sie udaly). Amerykanscy dziennikarze go przycisneli i to wyszlo na jaw, wiec jego rady moga rownie dobrze byc nieskuteczne.
Frugal

Wypromuj również swoją stronę