Oszczędzanie | Jak wyjść z długów | Jak kontrolować wydatki
Kategorie: Wszystkie | lektury | linki | oszczędzanie | wyjście z długów | życie
RSS
niedziela, 31 maja 2009

Na koniec miesiąca krótki przegląd tego, co wydarzyło się na frugal.blox.pl w maju 2009 r.

- 2 maja 6 ukrytych oszczędności w budżecie domowym O tym, jak znaleźć oszczędności w tym, co już masz.

- 5 maja Fundusz awaryjny, głupcze! i 10 maja Jak stworzyć fundusz awaryjny Kwota na czarną godzinę. Jak? Po co? Ile? Dlaczego?

- 7 maja Jak bardzo osobiste są Twoje finanse? Czyli finanse osobiste w polskim internecie.

- 13 maja 5 rzeczy, na których powinno się oszczędzać Czyli jak trafiłem na główną stronę gazeta.pl ;)

- 17 maja Sens i bezsens oszczędzania 6 najważniejszych pytań

- 19 maja Elementarz oszczędzania Finanse osobiste dla początkujących

- 23 maja Jak podchodzić do pieniędzy i 25 maja Finansowe polowanie trwa Gepard i gazela... ;)

- 26 maja Po co dawać napiwki? Czyli wpis, po którym znajomy kelner przestał się do mnie odzywać.

sobota, 30 maja 2009

"Nauczyłem się, że finanse osobiste to w 20% wiedza a 80% zachowanie (psychologia - przyp. Frugal) Potrzebujesz szybkich zwycięstw, żeby być ciągle zmotywowanym i w efekcie całkowicie wyjść z długów." Dave Ramsey o tym dlaczego lepiej najpierw spłacać najmniejsze długi a nie najdroższe. (Przeczytaj też "Co zrobić, żeby wyjść z długów?")

piątek, 29 maja 2009

Jedną z ważniejszych pozycji w domowym budżecie (również w arkuszu kalkulacyjnym) jest "jedzenie". Często na forum Oszczędzamy pojawiają się kwoty, które na jedzenie musi wydać rodzina 2+2, które musi wydać singiel etc. My (młode małżeństwo bez dzieci) wydajemy ok. 700 pln/miesiąc. Wczoraj szczęka mi opadła, gdy mój chudy jak patyk kolega z pracy oznajmił, że wydaje 1400-1600 na jedzenie w ciągu miesiąca.

Nie jestem za: 

- ekstremalnym oszczędzaniem na jedzeniu, czyli na śniadanie przeterminowana najtańsza mielonka i czerstwy chleb a na obiad zupki chińskie; 

- odmawianiu sobie każdego jogurtu czy jabłka byle tylko zaoszczędzić dodatkową złotówką

Ale jestem za:

- racjonalnym kupowaniem jedzenia

- niemarnowaniem

- ograniczaniu obiadów "na mieście" na rzecz gotowania w domu; 

Jeśli ktoś wydaje w pojedynkę ok. 1500 na jedzenie, to chyba ciut dużo. 

A Tobie ile potrzeba PLN w miesiącu, żeby nie być głodnym?

środa, 27 maja 2009

(fot. "Mój jest ten kawałek podłogi" czyli pierwsze minuty na swoim)

W "swoim" mieszkaniu mieszkam mniej więcej tyle czasu, ile prowadzę ten blog. Czyli od listopada 2008 r. Wcześniej mieszkaliśmy dwa lata w wynajmowanej kawalerce. Jeszcze pół roku przed kupnem mieszkania nawet nie braliśmy pod uwagę takiej decyzji. Impulsem do jej podjęcia było moje przejście na umowę o pracę z umowy o dzieło. I podwyżka. (Żona jeszcze wówczas nie pracowała, ale dostawała stypendium)

Niemniej decyzja o kupnie nie była łatwa.

Zamiast robić listę "za" i "przeciw" chciałbym stworzyć listę pt. "Co by było gdybym dalej wynajmował".

Zatem... gdybym dalej wynajmował:

- dziś już nie miałbym długów. Kawalerka kosztowała 800 złotych miesięcznie. Moje zadłużenie wynosiło wtedy jakieś 5000 pln na kredycie odnawialnym (po kilku miesiącach stsowania frugalowych zasad, udało się pozbyć kilku innych pożyczek).  Byłem w stanie odłożyć około tysiąca miesięcznie, więc do dziś pozbybym się tego kredytu. A może miałbym nawet więcej, bo w tzw. międzyczasie miałem w pracy ekstra zlecenie, za które zarobiłem ok. 5,5tys. No ale... kupiłem mieszkanie. 10000 opłaty notarialne + prowizja banku. 5000 z karty kredytowej na wyposażenie mieszkania. No i witamy na dnie zamiast na powierzchni.

- miałbym finansowy luz. Zamiast 800 pln za kawalerkę, płacę ok. 1500=rata+czynsz. Więc miesięczne koszty wzrosły. A dodatkowo żona przestała równo z kupnem mieszkania dostawać stypendium (na szczęście od kwietnia zaczęła pracować, więc się polepszyło ;) )

- byłbym poddenerwowany jak wcześniej. Zacząłem bowiem odczuwać potrzebę przestrzeni. A quasi-przestrzeń w kawalerce (w której na dodatek nie można było i nie było sensu niczego zmieniać) coraz bardziej mnie przytłaczała.

- wciąż nie wiedziałbym, jaki to komfort mieszkać tak jak się chce, w mieszkaniu, które urządzone jest według potrzeb (które dodatkowo jest bardzo fajne, funkcjonalne, wygodne i przyjemne).

- straciłbym szansę na kredyt we frankach. Dwa dni po podpisaniu umowy i wypłacie pieniędzy przez bank, zadzwoniła pani z centrali banku mówiąc, że zmieniły się okoliczności i cofnięto decyzję kredytową (uspokajam... okazało się, że w centralnej bazie danych nie wprowadzili jeszcze, że my jesteśmy "już po" i nic cofnąć się nie da)

- krótko mówiąc. Dalej gniótłbym się w tej kawalerce, wkurzając się potwornie na ciasnotę i niewgodę. Dalej odczuwałbym potrzebę oddzielnych miejsc na spanie, jedzenie, czytanie i oglądanie tv, bo tam wszystko działo się na jednym skrawku podłogi.

W przypadku mieszkania mam głębokie przekonanie, że nie wszystko da się przeliczyć na złotówki. Finansowo zrobiło się trudniej, ale było warto. Wygoda, psychiczny komfort, możliwość lepszego wypoczynku i "ucieczki przed światem", świadomość posiadania. I co najważniejsze... mieszkanie, które udało nam się kupić jest dokładnie takie, jakie chcieliśmy mieć. Dokładnie takie.

Czy ktoś z Was żałuje, że kupił mieszkanie? Albo że pozostał w wynajmowanym? Dlaczego?

wtorek, 26 maja 2009

kelnerka

Mam problem z napiwkami. Nie wiem, czy dawać. Nie wiem, ile. Standard mówi, że 10%. Faktem jest, że od czasu, gdy staram się wyjść z długów, jedzenie na mieście ograniczyłem w stopniu znacznym. Jednak zdarza się jakiś wypad, choćby na lody, jak w ostatnią niedzielę. I co przy płaceniu rachunku? Dać? Nie dać? 

Przeciw: 

- oszczędzam przecież, więc po co dawać pieniądze komuś, kto za wykonaną pracę odbiera pensję?

Za:

- gest uprzejmości za uprzejmą obsługę

Problemy:

- jak zmierzyć "uprzejmość" obsługi? Czy wtedy, gdy jesteśmy wyjątkowo zadowoleni, czy wystarczy nie być wkurzonym, żeby odwdzięczyć się napiwkiem. 

- kwota. No niby 10%. Gdy rachunek wynosi 23 złote, nie mam problemu. Daję 25 i mam poczucie, że nie za bardzo straciłem a i napiwek był proporcjonalny do kwoty. Ale gdy płacisz rachunek np. 39 złotych i masz banknot 50pln, to jak z tym napiwkiem. Na bank dostaniesz 11pln reszty. I co? 11 to chyba ciut dużo w porównaniu z rachunkiem. 1? Żenada. 

- A co, gdy płacę kartą? A często właśnie płacę (mówię tu o zwykłej, płatniczej; nie o "gepardzie";) i nie mam możliwości dania napiwku. Niekiedy, owszem, zdarzają się restauracje, gdzie jest opcja "napiwek" przy płaceniu kartą, ale rzadko. 

- A gdy jest wspólny "słoik" na napiwki przy barze? Nie chcę dzielić tego napiwku pomiędzy resztę obsługi. Miałem rachunek 85 pln, miałem gest 15 bo kelnerka była naprawdę sympatyczna, miła, ładna i chcę, żeby całość trafiła do niej. 

Mówiąc szczerze napiwek w restauracji nie jest dla mnie odruchem naturalnym. Zawsze mam dylematy, wątpliwości. A Ty? Dajesz napiwki? Tak/Nie? Dlaczego? A może zagląda tu ktoś, kto pracuje w restauracji i o napiwkach może powiedzieć coś od drugiej strony. 

poniedziałek, 25 maja 2009
karta kredytowa

 Pamiętacie geparda z poprzedniego wpisu? I że należy przed nim zwiewać jak gazela? :) 

No i okazuje się, że polowanie trwa. Kogo? Banków. Na kogo? Na nas, na nasze słabości. Wpaść można na każdym kroku. Gazeta.pl pisze Włożenie do naszych kieszeni możliwie najwięcej kart kredytowych to dla banków jedna z ostatnich desek ratunku w kryzysowych czasach.Zjawisko wciskania nam kart kredytowych nasila się. Zwłaszcza w sklepach, w marketach. Przyczyny?

- kryzys

- zmniejszające się dochody banków

- zwiększająca się konkurencja między bankami. 

Pomijam szczegóły, które opisane są w artykule tj. większe oprocentowanie takich kart w porównaniu z kartami prosto z banku, krótszy okres bezodsetkowy, etc. etc. Tak, szczegóły. Samo zjawisko jest dla mnie niepokojące. Niepokojące również z osobistego punktu widzenia. A to dlatego, że 3 lata temu (w okresie mojej finansowej ciemnoty) kupiłem sobie pralkę. Na raty. Do umowy ratalnej dorzucono mi "w prezencie"  kartę kredytową (o takim zabiegu również wspomina artykuł). "Nie musi pan z niej korzystać" - uprzedziła miła pani. "A to w porządku" - pomyślałem sobie. "Gdyby jednak..." - zarzuciła przynęte na głęboką wodę mojej finansowej nieświadomości - "...wystarczy włożyć do bankomatu, wpisać ten oto tu PIN i już. Będzie działać.". Schowałem kartę do szafki nie słysząc tykania. Co tykało? Bomba zegarowa w zamkniętej szafce. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że w końcu ona odpali. 

Spłacałem spokojnie raty. Minęło 10 miesięcy. Pralka moja, spłacona. Super. Ale przyszedł moment, w którym brakowało mi kasy (banalnie, nie kontrolowałem wydatków, więc przed końcem miesiąca zabrakło jakichś 200-300pln). No i co? No i usłyszałem tykanie z szafki. Odpaliłem nieświadomie bombę (ale uczciwie przyznam... w tamtej chwili traktowałem to jak wybawienie). Co było potem, możecie się domyślić. Wyczerpałem limit. Minimalne spłaty, które wcale karty nie spłacały. Opłaty za spóźnioną spłatę. Etc. etc. 

"W sumie takich kart jest już ok. 4 mln." - podaje wspomniany wcześniej artykuł. Nikt mi nie powie, że ludzie, którym miła hostessa w przejściu w hipermarkecie wcisnęła kartę kredytową ("Ale proszę spojrzeć. Dodatkowe punkty. Koszyk ze słodyczami za założenie w prezencie. Rabaty przy zakupach. 5000 dostaje pan/pani od ręki"), to ludzie świadomi swoich pieniędzy, o ustabilizowanej sytuacji finansowej, którym ta karta nie zaciśnie pętli (w najlepszym wypadku pętelki) na szyi. Skończy się tak, jak to było w moim wypadku 3 lata temu. Widzę często przy kasie małżeństwa z dwiema kartami, które płacą "sklepowymi" kartami. Widzę w wyobraźni jak siedzą potem nad wyciągami z banku. Jak kwota kredytu się nie zmniejsza. Jak zastanawiają się, dlaczego dali sobie to wcisnąć.

Teraz. Gdy widzę hostessę z koszykiem smakołyków i srebrną/złotą/różową kartą, która "uszczęśliwi moje zakupy", krzyczę: GEPARD! I uciekam... :)

niedziela, 24 maja 2009

"Gdy zastanawiasz się, jak zarobić pieniądze, czy jak je zainwestować, musisz zadać sobie mnóstwo pytań, zaczynających się od a co jeśli...?

Oto niektóre z nich:

- A co jeśli będzie kolejna recesja?

- A co jeśli ten bank zbankrutuje i nie będę mógł odzyskać moich pieniędzy?

- A co jeśli wartość tych akcji nagle zacznie spadać?

- A co jeśli cena złota pójdzie w dół?

- A co jeśli wszyscy moi klienci zwrócą się ku tańszej konkurencji?

- A co jeśli otrzymam wymówienie?

- A co jeśli ceny nieruchomości osiągną najniższy poziom?

- A co jeśli skończy się ropa naftowa?"

Richard Templar "Zasady bogactwa" (Wydawnictwo "Studio EMKA", Warszawa 2008 )

sobota, 23 maja 2009

gazele

No właśnie... jak "podchodzić": drobnymi krokami czy w tempie szalonym jak bieg gazeli? "Podchodzić" do oszczędzania, kontroli wydatków i tych wszystkich rzeczy, które Frugale lubią najbardziej. Zadałem sobie to pytanie po wpisach, jakie pojawiły się ostatnio na Get Rich Slowly i na The Simple Dollar. 

Ujmując rzecz w skrócie... autorzy obu blogów zastanawiają się, czy oszczędzanie, kontrola wydatków i ujmowanie swoich finansów w ryzy powinny stać się obsesją. Czy powinno się (powracam do początkowego pytania) podchodzić do sprawy drobnymi krokami czy szaleńczym biegiem? Skąd takie pytanie? Ano z dwóch odmiennych postaw, jakie charakteryzują człowieka, który postanowił zapanować nad swoimi finansami. Gdy odkrywasz, że coś jest nie tak, że masz za dużo długów a za mało oszczędności, że żyjesz od wypłaty do wypłaty, że nie wyrabiasz się z rachunkami i postanawiasz coś zmienić, zaczynasz działać. No właśnie... w jaki sposób lepiej? Czy od razu narzucić sobie bardzo ostre oszczędzanie, odmawianie wszystkiego, co choć trochę zbędne i obsesyjnie dążyć do finansowego celu. Czy lepiej powoli zmieniać swój tryb życia, swoje podejście do pieniędzy?

J.D. Roth z Get Rich Slowly uważa, że lepiej drobnymi krokami wchodzić w nowe życie. Powody? Gdy ktoś od razu rzuci się na głęboką wodę oszczędności i kontroli wydatków: 

- doznaje szoku jakby wskoczył do lodowatej wody

- ma wrażenie, że ten nowy tryb jest opresyjny, że życie stało się formą niewoli

- zamiast płynąć dalej, do wyznaczonego celu, wraca na "bezpieczną wyspę" długów, bo tam czuł się swobodniej; 

Dlatego "najlepszym sposobem na rozpoczęcie oszczędnego (finansowo świadomego) życia są małe kroki."

Natomiast Trent z The Simple Dollar uważa, że by cokolwiek zmienić musisz mieć focus. Niesamowite, ogromne skupienie i intensywne działanie w stronę zamierzonego celu. Inaczej o sukces będzie trudno, bo zmiana podejścia do pieniędzy wymaga zmiany schematów, jakie stosujemy w życiu. Bez takiego skupienia tych sztywnych schematów nie zmienimy. Trent powołuje się na Dave'a Ramseya (o jego strategii wychodzenia z długów pisałem tutaj), który stworzył określenie intensywność gazeli:

 Gazele to łagodne stworzenia, na które nieustannie poluje najszybsze zwierzę na świecie - gepard. Skoro gepard jest tak szybki, to mogłoby się wydawać, że gazele już dawno wyginęły. Jednak gazele nauczyły się, że gepard jest szybki tylko wtedy, gdy biegnie w linii prostej. Gdy więc są ścigane zaczynają podskakiwać, biegną zygzakiem i robią kółka tak długo, aż gepard się zmęczy i odpuści. 

Czas zacząć myśleć jak gazela. Jeśli ty jesteś gazelą a twórcy reklam i firmy kredytowe są gepardem, zacznij podskakiwać, krążyć i biegnij. Rób WSZYSTKO, żeby uciec, żeby nie dać się złapać. Gdy dostaniesz umowę na kolejną kartę kredytową, z niskimi opłatami, niedużym oprocentowaniem i ogromną ilością bonusów, krzycz: GEPARD! i zniszcz to najszybciej, jak się da.

To dwa różne podejścia, dwa różne tempa! A cel jeden...

Ja (Frugal;) bliższy byłem podejściu z Get Rich Slowly. Podjąłem 5 kroków: 

1. Rozpoznałem problem (u mnie sygnałem były dwa fakty: większa pensja i równolegle coraz większy debet na koncie). 

2. Zacząłem szukać wiedzy, czy to tylko mój problem czy też inni go mają. Czytałem, czytałem i jeszcze raz czytałem. Trafiłem na masę amerykańskich blogów o ludziach, którzy mieli ogromne długi i jakoś z nich powychodzili. Notowałem metody, sposoby, jakimi to osiągnęli. 

3. Zacząłem kontrolować wydatki. Ale to też nie stało się od razu, nie w tydzień, nawet nie w miesiąc. Różne bowiem sposoby zapisywania wydatków można znaleźć w sieci. Zaczęło mi się udawać, gdy konsekwentnie i sumiennie zacząłem brać paragony ze sklepów, potem odkładać je do pudełka, które stoi w kuchni a potem przenosić do arkusza kalkulacyjnego, który sam stworzyłem

4. Zacząłem ograniczać wydatki. Zrezygnowałem z gazet, ograniczyłem kanały w kablówce, zmniejszyłem prędkość internetu, mniej wizyt w kinie, dużo mniej jedzenia na mieście, etc. etc. A wszystko co udało się zaoszczędzić, przeznaczyłem na długi.

5. Stosując powoli te wszystkie kroki zacząłem zmniejszać kwotę zadłużenia. Ale wciąż jestem "w drodze". 

Wszystkie te kroki stawiałem stopniowo. Głównie dlatego, że z każdym krokiem uczyłem się, nie wiedziałem co dalej, nie wiedziałem jak. Ale to, co mam wspólnego z gazelą, to skupienie i koncentracja. Chciałem uciec, wciąż chcę się wydostać. Dlatego choć stopniowo i powoli wchodziłem na drogę finansowej świadomości, to cały czas mam przed sobą Cel. I tylko on jest najważniejszy. 

A Ty? Obsesyjnie postanowiłeś zmienić swoje finanse i zacząłeś działać jak gazela uciekająca przed gepardem? Czy drobnymi krokami zacząłeś wchodzić na nowe, nieznane tereny?

czwartek, 21 maja 2009

Wracam jeszcze do poprzedniego wpisu o zakupoholiźmie. Zastanawiałem się, jak w prosty sposób można uniknąć nadmiernych/niepotrzebnych wydatków. Takich, które dają nam chwilowe zaspokojenie smutku/nudy etc. a nie dają żadnego pożytku (Ofelia1982 w komentarzach napisała, że wielokrotnie znajdowała w szafie po kilku tygodniach ubrania z nieodczepionymi metkami). Czyli kupujemy dla samej frajdy robienia zakupu. Nie mamy pieniędzy, nie mamy pożytku z kupionych rzeczy, więc należałoby pomyśleć jak tego uniknąć.

Pomyśl o takiej strategii: przyjmij zasadę 100zł/dzień. Przed każdym zakupem, który nagle przyszedł Ci do głowy i czujesz, że "musisz mieć", podziel cenę "upragnionego" przedmiotu na sto i odczekaj taką liczbę dni. Przykład: koniecznie musisz kupić odtwarzacz blu-ray za 1200pln. Bo widziałeś w sklepie, bo czujesz, że DVD jest już passe. Ok... odczekaj tyle dni, ile stówek jest w cenie. W tym wypadku 12. Jeśli po dwunastu dniach, nadal będziesz pragnął tego odtwarzacza, nadal on będzie niezbędny i będziesz w stanie go kupić, kup. Nie chodzi przecież o to, by zrezygnować z kupowania czegokolwiek. Chodzi o to, by nie kupować pod wpływem impulsu i nie kupować na kredyt. Zobaczysz, że w większości zachcianek po tych kilku, kilkunastu dniach, przejdzie ci. [oczywiście zależnie od okoliczności zamiast 100 możesz przyjąć inny przelicznik; np. 10 i wówczas na płytę za 60pln poczekaj 6 dni]

Inna sprawa, o której warto pomyśleć to: jak długo, jak często będzie Ci dana rzecz służyć. Jeśli kupisz odtwarzacz blu-ray za 1200pln po to, by raz obejrzeć na nim film. Albo raz na dwa miesiące, to chyba nie warto...

środa, 20 maja 2009

shoppingDo mojego elementarza oszczędzania Magda w komentarzach dodała jeszcze: nie uleczaj smutków, żalu, załamania, złości, rozczarowania wydawaniem pieniędzy... To bardzo kobiece żeby kupować nie dlatego, że coś jest potrzebne tylko dla tego, że moment kupowania leczy brak czegoś: uczucia, samozadowolenia, seksu...

Fakt. Nie napisałem o tym, bo przyznam szczerze, ten problem raczej mnie nie dotyczy. Choć czasem wypad do centrum handlowego bywał receptą na nudę (dodam od razu, że nie kończył się jakimś szaleństwem; ot... jedyne co przychodziło do głowy - pójść i połazić). 

Ten komentarz dał mi jednak do myślenia. Zwróciłem też przy okazji uwagę na reklamę telewizyjną. Nie przytoczę dokładnie, ale leciało to mniej więcej tak: Dziewczynka mówi do kamery "Mama wie, że najlepszym lekarstwem na stres (kłopoty, troski,problemy?) są udane zakupy." "Tata ma na to sposób - Pożyczka z... banku (tu pada jego nazwa)". 

Pomyślałem, że zjawisko istnieje. Skoro twórcy reklamy postanowili uderzyć w tym kierunku, to coś społecznie musi być na rzeczy. 

Myślę sobie, że rozwiązanie problemu nie musi być bardzo trudne: 

- znajdź sobie zajęcie: basen, bieganie, siłownia, malowanie, granie na gitarze. Cokolwiek. Coś co Cię odpręża, sprawia frajdę. I w chwilach stresu, doła, zamiast na zakupy, idź pobiegać czy popływać. 

- Magda wspomniała, że zakupy często leczą brak czegoś. Zanim więc zaczniesz porządkować swoje finanse, postaraj się porządkować swoje życie. Osobiste, emocjonalne. Uzupełnij braki a wówczas nie będziesz szukać substytów dla nich. 

Statystyki podają, że w USA problem dotyczy ok. 15 mln osób. Ilu w Polsce? Nie wiadomo, bo pewnie większość nie zdaje sobie sprawy z problemu.

Żeby ocenić, czy problem "zakupoholizmu" dotyczy Ciebie, musisz odpowiedzieć sobie na te pytania: (podaję za stoppingovershopping.com)

- Czy wykorzystujesz zakupy do poprawy złego nastroju?

- Wydajesz więcej niż zarabiasz?

- Czy niektóre Twoje zakupy leżą potem nieużywane, schowane?

- Masz poczucie winy z tego powodu?

- Czy Twoje życie byłoby "bogatsze", lepsze gdybyś kupował/a mniej?

- Czy próby, by to zmienić kończyły się niepowodzeniem?

Mam przeczucie, że wystarczy "TAK" na jedno z powyższych pytań, żeby choć na chwilę się zatrzymać i zastanowić, czy wszystko jest OK. 

 
1 , 2 , 3
Frugal

Wypromuj również swoją stronę