Oszczędzanie | Jak wyjść z długów | Jak kontrolować wydatki
Kategorie: Wszystkie | lektury | linki | oszczędzanie | wyjście z długów | życie
RSS
wtorek, 29 września 2009

Odkąd zacząłem prowadzić blog o finansach, przyglądam się pod tym kątem nie tylko sobie, ale też innym. Jak wydają pieniądze, jak oszczędzają, jak trwonią, jaki mają generalnie stosunek do pieniędzy (o stosunku ZA pieniądze na tym blogu nie przeczytacie ;). Na podstawie tych obserwacji wyróżniłem 5 gatunków "finansowego Polaka".

Gatunek 1: "Tyle co mam na koncie, wydam." Uznaje, że panuje nad swoimi finansami. Nigdy nie pożycza. Nie szaleje. Gdy pozwoli sobie na jedno piwko więcej w piątkowy wieczór, to już w trakcie zamawiania widzi w głowie konto, portfel i wie, że następnego dnia nie kupi gazety i hamburgera i bilans wyjdzie na zero. Problem polega na tym, że żyje od pierwszego do pierwszego. Nie ma żadnych planów finansowych, nie oszczędza, nie inwestuje, nie marzy. Gdyby stracił pracę, nokaut... zostaje bez niczego.

Gatunek 2: "Wydaję więcej niż mam i wcale o tym nie wiem." Słowa "pracuję i zarabiam" dają mu taką siłę, że wyciąga z nich tylko jeden wniosek: "należy mi się". Więc wydaje. Gdy zmienia pracę, zmienia samochód (na raty). Gdy mu się nudzi, leci na weekend do Londynu i baluje. Jak nie baluje w Londynie, baluje u siebie. I w związku z tym, że zaoszczędził na bilecie lotniczym, "należy mu się" więcej whisky/drogiego jedzenia/kosztownych rozrywek. Więcej wszystkiego. Aha... bank go uwielbia. Odsetki z kolejnych kart kredytowych dają bankowi przyjemny zysk.

Gdy przedstawiciel tego gatunku, nie baluje, nie szaleje, bo np. nie jest typem rozrywkowym, albo gdy nie ma aż tak dużej pensji, by uznać, że drogie szaleństwa "należą mu się", to siedzi w domu. I ogląda telewizję (500 kanałów podstawowych, 3 pakiety kanałów płatnych PREMIUM) w nowym telewizorze (30 rat 0%), zajadając pizzę (na wszelki wypadek zamówił dwie, gdyby jedna była niedobra) i popija schłodzone piwo (na szczęście ma w lodówce duży zapas do wyboru).

Gatunek 3: "Jestem w kłopotach, ale robie wszystko żeby z nich wyjść." Przyszedł kiedyś moment, że zauważył, jak niefajnie jest być Gatunkiem 2. Poczuł na karku konsekwencje. Zaczął czytać, szukać sposobów. Zapisywać wydatki, oszczędzać. Zobaczył, że to przynosi powolne ale jednak korzyści. Czasem się zniechęcił. Potem się znów zachęcił. Ma jeszcze trochę do spłacenia, ale w skali globalnej wszystko zmierza we właściwym kierunku. 

Gatunek 4: "Coś tam zarabiam (nieważne ile, ważne że zarabiam), kasę oddaję  żonie, ona mi daje 100 na piwo i papierosy a resztę mam w d..." Z rozrzewnieniem wspomina czasy, gdy pensje odbierał w kasie. Odkąd wypłata pojawia się na koncie, to on nawet nie wie, w którym kącie. Jest człowiekiem szczęśliwym, bo "te rachunki, tam papiery panie, to u nas żona, ja tam nie wiem...". Nie robi zakupów, nie wie, jaki jest bilans domowego budżetu, nie wie, w którym banku ma konto. Z karty do bankomatu nigdy nie skorzystał. Ubrania, oprócz roboczych, też mu żona kupuje (najczęściej na Gwiazdkę lub urodziny).

Gatunek 5: "Zarabiam, oszczędzam, inwestuję" Gratuluję.

Z własnego otoczenia... najczęściej widuję, spotykam Gatunek 2. W różnych odmianach, podtypach, subgatunkach itd. Często też jakąś mieszaninę Gatunków 2. i 1. Tych, którzy nie przekraczają swoich zarobków, bo zarabiają sporo. Niemniej czują się królami życia i ciągle są "na zero". Ja? Ciągle z mozołem brnę przez obszary, gdzie występuje Gatunek 3. A Ty?

PS

Gdyby ktoś nie odnotował... po bardzo długiej nieobecności, wróciła Frugalistka ze swoimi zapiskami. Polecam.

wtorek, 08 września 2009

dollarsMasz plan. Bez znaczenia, dokąd zmierzasz, plan jest niezbędny. Wychodzę z długów? Potrzebny plan. Zamierzam odłożyć na wyprawę do Afryki? Potrzebuję planu. Chciałbym uruchomić firmę, która będzie przynosić tak potrzebne zyski? Plan, plan, plan. Budżet domowy to tak naprawdę plan działania. Bez niego pieniądze pouciekają, zmarnują się, pójdą z dymem albo zostaną w sensie ścisłym zeżarte. Ten plan nie musi (i nie powinien) być jeden na każdy miesiąc. Warto, moim zdaniem, na początku każdego miesiąca ułożyć nowy budżet, czyli krótko mówiąc plan na nadchodzące 4 tygodnie. Ile, na co, po co? Do tego rzecz jasna przyda się arkusz kalkulacyjny.

Łatwiej opanować pokusę nagłych, niespodziewanych i zupełnie zbędnych wydatków. Jeśli mam plan (i wiem, PO CO go stworzyłem), to chęć wydania 10, 100, 1000 złotych na coś, co mnie akurat napadło, zachwyciło i oszołomiło, łatwo jest odeprzeć. Wystarczy spojrzeć na plan, jak na drogowskaz i zobaczyć, czy te 100 złotych na głupią zachciankę nie spowoduje przypadkiem zejścia z trasy. Jeśli spowoduje, rezygnujemy. Plan to namber łan ;)

Spokój. Zaplanowałem sobie na co przeznaczę miesięczne dochody, przeznaczyłem kwotę na fundusz awaryjny, zaplanowałem kwotę na spłatę kredytu, obliczyłem, ile potrzebuję na jedzenie. Wszystko poukładałem, więc musi się udać. Jeśli budżet jest oparty na rzeczywistych możliwościach i potrzebach, jeśli rozsądnie w nim wszystko zrównoważyłem, to nie muszę się martwić, że nie dam rady, że się nie uda, że pogrążę się w większych długach.

Więcej pieniędzy. Tak, tak... Nigdy nie miałeś/aś poczucia, że gdzieś jakby ta kasa wyciekła. Że przecież nie zarabiam wcale tak mało, a tu brakuje do "pierwszego"? No bo pieniądze nieprzypilnowane pouciekają. Budżet jest najlepszym dozorcą. I okazuje się - jeśli porównamy - miesiąc budżetowy z niebudżetowym, że w tym pierwszym pieniędzy jest jakby więcej.

Jesteś przygotowany. Nie wyobrażam sobie budżetu bez uwzględnienia tego, czego z góry uwzględnić się nie da. Po angielsku emergencies. Składam na kupkę jako fundusz awaryjny a jednocześnie też w budżecie trzymam jakąś sumkę pod ręką. Nagły wydatek? Jestem przygotowany.

wtorek, 01 września 2009

The Simple Dollar przygotował listę miejsc, które kuszą nasze portfele. Takie, gdzie nawet ktoś mocno frugalowy, zostawi gotówkę. I często żałuje... Oto moja lista.

Empik. Miło jest wejść, anonimowo poprzeglądać nowe książki, reedycje ulubionych płyt, nowy numer czasopisma, którego wcale mieć nie musimy, ale warto zajrzeć. I? Zawsze coś ze sobą zabiorę. A to książkę, bo już nie mogę się doczekać, żeby ją przeczytać, albo jakieś gazety... lub czasopisma.

McDonald's i KFC. W swojej pracy dużo jeżdżę (w duecie). Kolega (a zarazem kierowca) około 13stej decyduje się na krótką wizytę, w którymś z powyższych. Na szybką kanapkę i napój. Wchodzę razem z nim, bo przecież nie będę czekał jak kretyn w samochodzie (mimo że ze sobą mam kanapkę i owoce). Poczytam gazetę, umyję ręcę etc... Jasneee... kończy się na tym, że jednak staję przy kasie i coś zamawiam. Na szczęście tylko od czsau do czasu :) Ale jednak.

Stare miasto. Sobotnie popołudnie, spacer, ładna pogoda. I choćbym nie chciał, to jednak lody albo zimny napój w knajpianym ogródku.

Nie kuszą mnie natomiast wcale tak bardzo galerie handlowe, sklepy z elektroniką i wiele innych, które zapewne dla niektórych z Was kończą się sporymi z wydatkami. Przyznaj się, w jakich miejscach Twoja kasa ulega najtrudniejszym próbom?

Frugal

Wypromuj również swoją stronę