Oszczędzanie | Jak wyjść z długów | Jak kontrolować wydatki
Kategorie: Wszystkie | lektury | linki | oszczędzanie | wyjście z długów | życie
RSS
niedziela, 19 kwietnia 2009
Dziwne, jak wszyscy ukrywamy, że jednym z głównych motorów naszego życia są pieniądze. Lew Tołstoj
sobota, 18 kwietnia 2009
Gdy zastanawiam się, po co oszczędzać, kontrolować wydatki, zajmować się finansami osobistymi, dochodzę do wniosku, że nie jest to rozrywka/czynność sama dla siebie. W takich okolicznościach byłoby to płaskie, nijakie, niepotrzebne i nudne. W dodatku szybko bym się zniechęcił, gdybym nie miał poczucia, że dokądś to wszystko prowadzi. A mam... Mam poczucie, że drobne codzienne decyzje podejmujemy po to, by pokonać następującą drogę:
 
Etap 1. Błądzenie w ciemności. Wydajesz więcej niż możesz, zaciągasz kolejne pożyczki, uruchamiasz karty kredytowe. Nie kontrolujesz wydatków. Mało tego... Nie przychodzi Ci nawet do głowy, że można inaczej. Że można nad tym chaosem zapanować. Ten etap mam (chyba?) za sobą. 
Etap 2. Światełko w tunelu. Widzisz, że można inaczej. Zaczynasz kontrolować wydatki, oszczędzać, wychodzić z długów. Posiadasz podstawową wiedzę o swoich pieniądzach. I co najważniejsze... zaczynasz dostrzegać, że to prowadzi do pozytywnego końca. Ten etap właśnie ćwiczę na sobie (i staram się iść drobnymi krokami w stronę tego światełka). 
Etap 3. Wyjście na zewnątrz. Zostawiasz cały mroczny, nieprzyjemny tunel za sobą. Nie masz długów, masz oszczędności, fundusz bezpieczeństwa, który może pokryć (na przykład) 6 miesięcy Twoich wydatków. Zaczynasz inwestować. Nabierasz wiatru w żagle. Ten etap mogę sobie na razie jedynie wyobrazić. 
 
Chciałbym w najbliższych postach nieco przeanalizować kolejne etapy (przynajmniej pierwsze dwa). 
Inspiracją dla tego postu, był J.D. Roth z blogu Get Rich Slowly, który wyróżnił w sumie 5 takich etapów (dołączając etap "zerowy" i czwarty ostateczny).
 
Nie ukrywam, że im bardziej zabrnę w etap drugi, może się okazać, że dzieli się on jeszcze na kilka innych. Życie pokaże. A Wy, na jakim etapie jesteście? I czy uważacie, że w ogóle jest jakaś droga, którą warto pokonać?
czwartek, 16 kwietnia 2009
Dave Ramsey
Gdy zrozumiałem, że mam kłopot z pieniędzmi i długami (kolejne kredyty, pozyczki, debety mimo zwiększających się dochodów), zacząłem dużo czytać o finansach osobistych. Głównie blogi amerykańskie i doświadczenia ludzi, którym udało się uporządkować swoją kasę. Jako przewodnik i niemal "biblię" wychodzenia z długów wskazywali książkę Dave'a Ramseya The Total Money Makeover.

Po przeczytaniu i wdrożeniu wskazówek Ramseya, mogę powiedzieć, że to naprawdę świetna książką. 

Jej podtytuł to: "Sprawdzony plan dla finansowej kondycji". Co zatem propnuje Ramsey?

1. Stwórz fundusz bezpieczeństwa. Niech to będzie 1000pln "na wszelki wypadek". Zanim zaczniesz spłacać długi. Jeśli bowiem zdarzy się nieoczekiwana naprawa samochodu lub niespodziewany prezent na jakąś okazję lub jakikolwiek inny wydatek, którego nie planowałeś, to pokryjesz go z funduszu bezpieczeństwa, nie wyhamowując spłaty długów lub (jeszcze gorzej) nie zaciągając nowych. To pierwszy, obowiązkowy krok. Jak pisze Ramsey "maszeruj, zanim zaczniesz biec". 

2. Śnieżna kula długów.  Czyli uruchom lawinę spłaty kredytów. Zacznij od małej śnieżki. Po pierwsze, wypisz swoje kredyty od najmniejszego do największego (nie od tego, który kosztuje najwięcej). Przykładowa lista:

    a) 1500 pln - karta kredytowa

    b) 5000 pln - pożyczka z banku

    c) 8000 pln - kredyt z zakładu pracy

I teraz puszczasz w ruch śnieżną kulę... Każdy z tych trzech kredytów ma minimalną miesięczną spłatę. I tę określoną kwotę na każdy z nich przeznaczasz. Ale szczególną uwagę przywiązujesz do kredytu najmniejszego, czyli "a". Oprócz minimalnej spłaty dokładasz, ile tylko możesz. Jeśli minimalna spłata karty kredytowej to 100pln a masz jeszcze w miesięcznym budżecie dodatkowe 100, spłacaj miesięcznie 200. Cały czas pamiętając o minimalnej spłacie pozostałych. 

Gdy spłacisz kredyt "a", zostaje już tylko pożyczka z banku i kredyt z pracy. Ciągle przeznaczasz na nie minimalną kwotę, tylko że do pożyczki z banku doklejasz (jak kolejne warstwy śniegu) 200pln, które przeznaczałeś na kartę kredytową. Spłata nabiera tempa. Gdy spłacisz pożyczkę z banku, na kredyt z pracy przelewasz minimalną spłatę plus wszystko to, co wpłacałeś na "a" i "b". Lawina toczy się w ogromnym tempie. 

Co zrobić, zapytasz,  gdy mam problem z wyłuskaniem tych minimalnych spłat nawet z miesięcznego budżetu? Ramsey jest tu radykałem. Mówi: musisz wszystko zmienić. Ogranicz wydatki, kontroluj wydatki, znajdź dodatkową pracę. Haruj jak wół, bo masz tylko jeden cel: spłacić długi. 

Jeśli kiedyś chcesz żyć tak, jak nikt inny nie nie jest w stanie,dziś musisz zacząć żyć tak, jak nikt inny nie ma ochoty. Dave Ramsey

Oczywiście plan Ramseya obejmuje też czas "po" spłacie długów. Ale to nie dla mnie w tej chwili :) 

Warto jednak zobaczyć i posłuchać, jak charyzmatyczną postacią jest Ramsey i jakie tłumy w USA chcą przychodzić i słuchać o finansach osobistych.

środa, 15 kwietnia 2009

...cd

Szymcio otrzymał więc wyciąg z konta za trzy miesiące wart 20pln. Było pięknie. Przez dwa dni. Dzwoni Szymcio: "Potrzebne zaświadczenie o wysokości tego kredytu. Bo na wyciągu z konta to tak nie do końca precyzyjnie widać". Ok - myślę sobie - k... w porządku. Niech będzie. Wracam do Smutnej w banku na "P". Proszę o zaświadczenie, wypisuję wniosek, potrącają mi 30pln i mam czekać 5 dni. (W banku na "P" wypisywanie każdego zdania zajmuje jeden dzień). Po pięciu dniach Smutna nie wie, o co chodzi. Zaświadczenia nie ma. Szuka. Najpierw sama, potem z BardzoSmutną i NibyWesołą. Nie znajdują, choć w zeszyciku zanotowano 5 dni wcześniej, że powinno być. Nie znalazły. Wówczas NibyWesoła zdecydowała, że trzeba wypisać. I wypisała w 10 minut (po co wcześniej był nakaz pięciodniowego czekania?!). 

Zaniosłem druk Szymciowi. Przyjął przyjaźnie. I kazał czekać na telefon. No bo on do Centrali to wysyła i w ogóle...

Po 3 dniach kolejny problem. W banku na "P" miałem konto Ja jako Ja, a w banku na "M" mamy konto My jako Ja i Żonka. Żonkę do banku na "P". Dopisujemy ją do konta. Dopisaliśmy, ale tylko do konta. Bo do kredytu bank na "P" mógł nas dopisać tylko w innym oddziale (na szczęście w tym samym mieście, nie musieliśmy więc jechać do Nowosybirska czy innego Bombaju). 

No to jesteśmy właścicielami konta, mamy kolejne papierki (każdy wart 20/30 pln = najdroższe kartki w mieście) i idziemy do Szymcia. On szczęśliwy jak zwykle przyjął papierki z deklaracją, że teraz to już "załatwimy szybciutko, że ho, ho..." i kredyt już będziem mieć w banku na "M".

Po tygodniu idę do Szymcia. Ciągle nic nie wie. 

Po dwóch tygodniach Szymcio mówi, że jest problem. 

Po trzech tygodniach okazuje się, że nie możemy mieć kredytu w banku na "M", bo Żonka aktualnie nie pracuje. Za małe dochody? Niee... mogłyby być dwa razy mniejsze, byle od dwóch osób. Niewiarygodny? Niee... bo przecież kredyt hipoteczny bank na "M" przyznał bez problemu. Okazało się tylko, że bank na "M" potrzebował dwóch miesięcy, kilkunastu papierków, żeby dojść do wniosku, że nie chce mojej wypłaty u siebie. Ja zatem wciąż mam kredyt w banku na "P". 

I nie chodzi nawet o to, że gardzę bankiem na "M" (jak spłacę już ten kredyt, to zamknę konto w banku na "P") tylko o to, że jedni nie potrafią się zdecydować, drudzy nie potrafią wydać papierka, a jak już potrafią to za 20/30 pln (nie zgodzę się, że to mało). 

Ech... kolejny dowód na to, że jak nie masz długów, nie masz stresu.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Początek historii: w 2006 roku uruchomiłem kredyt odnawialny w banku na "P". W 2007 roku zwiększyłem kwotę. Nie potrafiłem wtedy zarządzać kasą, którą miałem (fakt, nie miałem za wiele ale powinno wystarczyć).

W 2008 roku kupiłem mieszkanie i wziąłem kredyt hipoteczny w banku na "M". W związku z tym bank na "M" uruchomił mi tam bezpłatne konto. 

Na początku 2009 roku pomyślałem: skoro mam konto w banku na "M" i muszę tam mieć i bezpłatne jest, to niechże będzie to jedyne moje konto, niech pensja tam wpływa i w ogóle. Zamknąć zatem konto w banku na "P"

Problem: kredyt odnawialny w banku na "P" trzeba by spłacić. Nie do rozwiązania. 

Pomysł: przenieść kredyt odnawialny z banku na "P" do banku na "M". Zwłaszcza, że bank na "M" na stronie internetowej powiedział do mnie: Zaproponujemy Ci dużo korzystniejsze oprocentowanie oraz 110% obecnie posiadanego limitu. 

Nie chcę 110% limitu ale lepsze oprocentowanie - chętnie. 

No i zaczęła się jazda bez trzymanki (pod koniec zacząłem błagać o trzymankę pt. "trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam")

Do gry wkroczył Szymcio - pan z banku na "M" i Smutna z banku na "P". Szymcio powiedział: jasne, spoko, luz, wszystko załatwimy. Tu podpisik, tam piecząteczka i kredyt teleportujemy z banku do banku. Uwierzyłem Szymciowi, bo kredyt hipoteczny został załatwiony (nie przez niego wprawdzie, ale jednak) błyskawicznie i bezproblemowo. Przyniosłem na prośbę Szymcia wyciąg z konta za ostatnie 3 miesiące. I już miało wszystko pójść gładko...

Tyle że przełożeni Szymcia uznali, że wyciąg pobrany jako .pdf z konta internetowego i wydrukowany nie wystarczy. Trzeba przynieść albo wyciągi wysyłane pocztą (zrezygnowałem z nich, bo przecież "wszystko dziś jest w internecie") albo pójść banku i przynieść podstemplowane wyciągi (na tym internetowym .pdf jest napisane, że nie wymaga potwierdzenia pieczątką, ale przełożeni Szymcia wiedzą lepiej)

Smutna z banku na "P" za wyciągi zażądała 20pln. Trudno... zwróci się w mniejszym oprocentowaniu. To był tylko początek problemów...

Ciąg dalszy nastąpił w życiu i nastąpi też tu...

niedziela, 12 kwietnia 2009

Scena z życia wzięta.

Czas: tuż przed świętami. 

Miejsce: parking przed dużą galerią handlową. 

Osoby: mąż, żona. 

Na wspomnianym parkingu małżeństwo męczy się niesamowicie przy swoim rozpadającym się, na oko kilkunastoletnim VW Golfie. Otwarte tylne drzwi, on po jednej stronie, ona po drugiej. Próbują wepchnąć/wciągnąć/wcisnąć wielgachny karton z telewizorem LCD (ok. 50 cali - no, może 47). Urzekła mnie ta scena w sensie metaforycznym, bo telewizor za żadne skarby nie chciał się do tego auta dostać. Było ewidentnie za małe, za ciasne, niewystarczające. Pomyślałem sobie, że pewnie jak już cudem dowiozą ten telewizor do mieszkania, to będzie ono również za małe, za ciasne, niewystarczające. Podłącza do niego sygnał z kablówki, który nie będzie tak piękny jak pokazowe HD w sklepie. Będą źli... Będą co miesiąc spłacać za niego raty z pensji, która okaże się za mała, za ciasna, niewystarczająca. No ale...!!! Sąsiad z naprzeciwka będzie widział ten symbol Polaka zamożnego, rodzina zobaczy i pokiwa głową z uznaniem, doceni markę i rozmiar. 

Myślę sobie: jak często próbujemy na siłę wepchnąć/wciągnąć/wcisnąć w nasze życie przedmioty i symbole luksusu, na które nas nie stać? Jak często zadłużamy się, wiążemy pętle na szyi tylko po to, żeby rodzina i sąsiad pokiwali z uznaniem głową?

środa, 08 kwietnia 2009

W rozmowach z rodziną, ze znajomymi, w dyskusji na forum dostrzegam, że powszechne rozumienie "oszczędzania" to "kupowanie najtanszego pasztetu, gdyż nie starcza nam do pierwszego" (przejaskrawiam, ale mniej więcej do tego się to sprowadza).

Stąd kilka luźnych myśli o mojej filozofii oszczędzania ;) (wysoko poleciałem:) )

1. Oszczędzanie to umiejętność. W dodatku ważna. Umiejętność, którą powinien charakteryzować się każdy nowoczesny człowiek (tak, uważam, że umiejętność radzenia sobie z pieniędzmi to element nowoczesnego życia a nie obciach jak chcieliby niektórzy).

2. Oszczędzanie to narzędzie, która umożliwia stworzenie swobody finansowej w przyszłości. 

3. Oszczędzanie to panowanie nad własnymi impulsami (naprawdę potrzebujesz nowy 42calowy telewizor jeśli rok temu kupiłeś 32calowy). 

4. Oszczędzanie to styl życia. To Ty podejmujesz decyzje, na co wydajesz, Ty decydujesz, na co idą ciężko zarobione pieniądze. Ty - a nie reklamy, nie sąsiedzi, nie rodzina, która już kupiła nowy wypasiony samochód i zastanawia się, dlaczego Ty jeszcze nie masz. 

5. Oszczędzanie to ciągłe zdobywanie wiedzy. Czytanie, szukanie sposobów, korzystanie z nowych narzędzi. 

Cele mogą być różne (pozbyć się długów, odłożyć na wakacje, zainwestować) ale oszczędzanie to zawsze najważniejsze narzędzie do realizacji celu. A Ty? Jak korzystasz z tego narzędzia?

wtorek, 07 kwietnia 2009

Wg powszechnej opinii oszczędny Polak klepie biedę.

Oszczędny Polak kupuje taniochę

Oszczędny Polak ogląda telenowele, nie chodzi do kina, nie czyta książek. 

Oszczędny Polak żyje tak jak musi, a nie tak jak chce. 

Oszczędny Polak ciągle z czegoś musi rezygnować.

Oszczędny Polak jest nudny

Oszczędny Polak wstydzi się przyznać, że jest oszczędny. 

Oszczędny Polak ma węża w kieszeni. 

Oszczędny Polak jest brzydki

Zrywam z tym stereotypem. Jestem oszczędny, bo chcę żyć lepiej, bardziej komfortowo, wygodniej. Jestem oszczędny, bo już nie chcę z niczego rezygnować. Jestem oszczędny, bo chcę być świadomy tego, co robię, a przez to być po prostu fajniejszym gościem. Jestem oszczędny, bo czas to pieniądz, a ja żadnego z nich nie marnuję. Jestem oszczędny.  Jestem frugal.

niedziela, 05 kwietnia 2009

Większość problemów finansowych, jakie mnie w życiu spotkały (i z których dopiero powoli wychodzę) brała się z nieświadomości. Nie wiedziałem, ile wydaję. Nie wiedziałem, na co. Po prostu wydawałem. Są wolne środki na koncie? Jest OK. A że te "wolne środki" to już debet? Eee tam... Nie myślałem o tym. Nieświadomie zaciągałem coraz większy dług (no bo przecież szybko to spłacę).

Skoro kłopoty brały się z nieświadomości, ich rozwiązanie musi przyjść wraz ze świadomością, więc: 

1. Ustaliłem, co jest nie tak i postanowiłem to zatrzymać. Kredyt odnawialny, karta kredytowa, pożyczka od rodziców. A tu przychodzi ostatni tydzień miesiąca i już nie mam pieniędzy, więc najlepiej powiększyć debet. NIE! Stop!

2. Zacząłem spisywać wydatki. Nie zmieniając nic, nie zatrzymując rozpaczliwie zakupów. Po prostu spisywałem to, co wydaję. Dzięki czemu mogłem zobaczyć, gdzie są przecieki i zbędne koszty. 

3. Ograniczyłem niepotrzebne wydatki. Skoro chciałem coś zmienić w swoim budżecie, musiałem coś zmienić w swoim życiu. Większość z nas oszczędzanie i spisywanie wydatków traktuje jak zło konieczne. Jak udrękę, jak bolesne wyrzeczenie. To nie musi tak być. Gdy jesteś świadomy, najzwyczajniej w świecie wybierasz rzeczy, które przybliżą Cię do celu. Czy do sprawdzania maili i czytania wiadomości, blogów w Sieci, potrzebuję łączę internetowe o prędkości kilku Mb/s? Raczej nie - 512kb/s wystarczy (kilkadziesiąt złotych in plus). Czy muszę codziennie kupować dwa dzienniki, tygodniowo trzy tygodniki i miesięcznie dwa miesięczniki jeśli większość ich zawartości i tak czytam w Internecie. Nie muszę (ok. 150pln w kieszeni). Czy muszę trzy razy w tygodniu zamawiać pizzę, jeśli mogę zrobić dobry obiad w domu? Niekoniecznie (ok. 100pln w kieszeni). Ziarnko do ziarnka...

4. Jasno zobaczyłem cel (na razie spłata długów). Jest ważniejszy niż wszystko inne. To ułatwia działanie i daje świadomość, po co to robię.

5. Planuję. Przed rozpoczęciem miesiąca ustalam, ile na co wydam i staram się tego trzymać.

6. Czytam, czytam, czytam... Książki, blogi, portale finansowe i artykuły o finansach osobistych. Bo chcę być świadomy, jak panować nad swoją kasą.

Wiem... większość kiwnie ręką i powie: szkoda czasu i życia na to, żeby tyle czasu poświęcać kasie. Ja nie żałuję, bo: 

a) nie zajmuje to aż tak dużo czasu, jak by się wydawało;

b) jak mawia Dave Ramsey "If you want to live like no one else, you must live like no one else" co tłumacząc-interpretując znaczy "Jeśli chcesz kiedyś żyć tak, jak nikt inny nie jest w stanie, musisz zacząć żyć tak, jak nikt inny nie ma ochoty". 

wtorek, 24 marca 2009

Próbowałeś kiedyś dowiedzieć się z polskiego internetu jak wyjść z długów? Powodzenia. Naprawdę.

Dwie główne wskazówki: konsolidacja długów (czyli kolejna umowa w banku... grrr) lub upadłość konsumencka (jaaasnee... chyba nikt nie myśli o tym poważnie). Krótko mówiąc: NIC. A przynajmniej nic praktycznego.

Jeśli chcesz zacząć wychodzić z długów, zmień się. To co robiłeś do tej pory, wpędziło Cię w długi. Teraz musisz wszystko zmienić. Jakoś to będzie? G... prawda. Będzie coraz gorzej. No, chyba że weźmiesz się w garść i zaczniesz ciężko pracować nad swoją kasą. Nie wierz nikomu, kto obiecuje, że będzie łatwo. Będzie trudno. Bardzo trudno. Ale się da. Dlatego nie wierz też sobie, gdy myślisz, że nie dasz rady. Czytaj. Szukaj wiedzy (tak, swój blog też polecam). I pracuj.

Ale nie daj sobie wcisnąć kolejnego kredytu, który ma być lekiem na całe zło. Tak na pewno nie wyjdziesz z długów. 

Frugal

Wypromuj również swoją stronę