Oszczędzanie | Jak wyjść z długów | Jak kontrolować wydatki
Kategorie: Wszystkie | lektury | linki | oszczędzanie | wyjście z długów | życie
RSS
czwartek, 01 października 2009

Zawsze uznawałem konieczność posiadania funduszu awaryjnego. Do tej pory stosowałem strategię, że do czasu wyjścia z długów będę trzymać 1000pln na koncie oszczędnościowym na wypadek, gdyby popsuł się samochód, trzeba było nagle zapłacić 200 za dentystę or sth. Ale ta strategia okazała się niewystarczająca.

Życie pokazuje bowiem, że te awaryjne sytuacje mają często nieawaryjne oblicze. Przyjechali na weekend dawno niewidziani znajomi. Było miło i fantastycznie, ale 300 jesteśmy w budżecie do tyłu, bo obiady, pokazanie miasta, jakieś lody, wino... To mały przykład. Ale jeśli takie małe przykłady, których planując budżet nie przewidziałem,  występują co chwilę, to trzeba się zastanowić.

To nie byłby problem, gdyby nie konsekwentne wychodzenie z długów. Teraz w budżecie, co miesiąc, przeznaczam 1000 na spłacanie długów. Wszystkie inne kategorie są ściśle rozplanowane. Jeśli zatem pojawia się niespodziewany wydatek 300, to muszę go ściągnąć z 1000 na długi. W efekcie... zaplanowana droga do bycia-wolnym-od-długów wydłuża się.

Co gorsza, nadchodzą miesiące, kiedy trzeba będzie wydać trochę dodatkowych pieniędzy na zupełnie spodziewane sytuacje (ubrania zimowe, opony zimowe, prezenty gwiazdkowe, etc.)

Zmieniam strategię. Na chwilę celowo wstrzymuję spłatę długów (ograniczam się do 200 pln minimalnej kwoty na karcie kredytowej), żeby zbudować nieco solidniejszy niż dotychczas fundusz awaryjny. Wysokość jednej pensji. Plus (w miarę możliwości) wygospodarowanie kwoty na opony, ubrania itd. Żeby spokojnie, po Gwiazdce, "zaatakować" pozostałe długi. Dzięki bezpiecznej kwocie "w zapasie" będę mógł prawdopodobnie przelewać co miesiąc nawet ciut więcej niż 1000pln. Plan do końca grudnia: pompować w fundusz awaryjny.

Wnioski:

- fundusz awaryjny przed rozpoczęciem intensywnej spłaty długów powininen wg mnie równać się miesięcznym dochodom

- po wyjściu z długów warto rozszerzyć go do równowartości dochodów 3 - 6 miesięcznych

- fundusz awaryjny jest niezbędny, bo awaryjne sytuacje zdarzą się na pewno

- jak mawia Dave Ramsey "Walk before run".

Polecam też:

Fundusz awaryjny, głupcze!, Jak stworzyć fundusz awaryjny?

wtorek, 29 września 2009

Odkąd zacząłem prowadzić blog o finansach, przyglądam się pod tym kątem nie tylko sobie, ale też innym. Jak wydają pieniądze, jak oszczędzają, jak trwonią, jaki mają generalnie stosunek do pieniędzy (o stosunku ZA pieniądze na tym blogu nie przeczytacie ;). Na podstawie tych obserwacji wyróżniłem 5 gatunków "finansowego Polaka".

Gatunek 1: "Tyle co mam na koncie, wydam." Uznaje, że panuje nad swoimi finansami. Nigdy nie pożycza. Nie szaleje. Gdy pozwoli sobie na jedno piwko więcej w piątkowy wieczór, to już w trakcie zamawiania widzi w głowie konto, portfel i wie, że następnego dnia nie kupi gazety i hamburgera i bilans wyjdzie na zero. Problem polega na tym, że żyje od pierwszego do pierwszego. Nie ma żadnych planów finansowych, nie oszczędza, nie inwestuje, nie marzy. Gdyby stracił pracę, nokaut... zostaje bez niczego.

Gatunek 2: "Wydaję więcej niż mam i wcale o tym nie wiem." Słowa "pracuję i zarabiam" dają mu taką siłę, że wyciąga z nich tylko jeden wniosek: "należy mi się". Więc wydaje. Gdy zmienia pracę, zmienia samochód (na raty). Gdy mu się nudzi, leci na weekend do Londynu i baluje. Jak nie baluje w Londynie, baluje u siebie. I w związku z tym, że zaoszczędził na bilecie lotniczym, "należy mu się" więcej whisky/drogiego jedzenia/kosztownych rozrywek. Więcej wszystkiego. Aha... bank go uwielbia. Odsetki z kolejnych kart kredytowych dają bankowi przyjemny zysk.

Gdy przedstawiciel tego gatunku, nie baluje, nie szaleje, bo np. nie jest typem rozrywkowym, albo gdy nie ma aż tak dużej pensji, by uznać, że drogie szaleństwa "należą mu się", to siedzi w domu. I ogląda telewizję (500 kanałów podstawowych, 3 pakiety kanałów płatnych PREMIUM) w nowym telewizorze (30 rat 0%), zajadając pizzę (na wszelki wypadek zamówił dwie, gdyby jedna była niedobra) i popija schłodzone piwo (na szczęście ma w lodówce duży zapas do wyboru).

Gatunek 3: "Jestem w kłopotach, ale robie wszystko żeby z nich wyjść." Przyszedł kiedyś moment, że zauważył, jak niefajnie jest być Gatunkiem 2. Poczuł na karku konsekwencje. Zaczął czytać, szukać sposobów. Zapisywać wydatki, oszczędzać. Zobaczył, że to przynosi powolne ale jednak korzyści. Czasem się zniechęcił. Potem się znów zachęcił. Ma jeszcze trochę do spłacenia, ale w skali globalnej wszystko zmierza we właściwym kierunku. 

Gatunek 4: "Coś tam zarabiam (nieważne ile, ważne że zarabiam), kasę oddaję  żonie, ona mi daje 100 na piwo i papierosy a resztę mam w d..." Z rozrzewnieniem wspomina czasy, gdy pensje odbierał w kasie. Odkąd wypłata pojawia się na koncie, to on nawet nie wie, w którym kącie. Jest człowiekiem szczęśliwym, bo "te rachunki, tam papiery panie, to u nas żona, ja tam nie wiem...". Nie robi zakupów, nie wie, jaki jest bilans domowego budżetu, nie wie, w którym banku ma konto. Z karty do bankomatu nigdy nie skorzystał. Ubrania, oprócz roboczych, też mu żona kupuje (najczęściej na Gwiazdkę lub urodziny).

Gatunek 5: "Zarabiam, oszczędzam, inwestuję" Gratuluję.

Z własnego otoczenia... najczęściej widuję, spotykam Gatunek 2. W różnych odmianach, podtypach, subgatunkach itd. Często też jakąś mieszaninę Gatunków 2. i 1. Tych, którzy nie przekraczają swoich zarobków, bo zarabiają sporo. Niemniej czują się królami życia i ciągle są "na zero". Ja? Ciągle z mozołem brnę przez obszary, gdzie występuje Gatunek 3. A Ty?

PS

Gdyby ktoś nie odnotował... po bardzo długiej nieobecności, wróciła Frugalistka ze swoimi zapiskami. Polecam.

wtorek, 08 września 2009

dollarsMasz plan. Bez znaczenia, dokąd zmierzasz, plan jest niezbędny. Wychodzę z długów? Potrzebny plan. Zamierzam odłożyć na wyprawę do Afryki? Potrzebuję planu. Chciałbym uruchomić firmę, która będzie przynosić tak potrzebne zyski? Plan, plan, plan. Budżet domowy to tak naprawdę plan działania. Bez niego pieniądze pouciekają, zmarnują się, pójdą z dymem albo zostaną w sensie ścisłym zeżarte. Ten plan nie musi (i nie powinien) być jeden na każdy miesiąc. Warto, moim zdaniem, na początku każdego miesiąca ułożyć nowy budżet, czyli krótko mówiąc plan na nadchodzące 4 tygodnie. Ile, na co, po co? Do tego rzecz jasna przyda się arkusz kalkulacyjny.

Łatwiej opanować pokusę nagłych, niespodziewanych i zupełnie zbędnych wydatków. Jeśli mam plan (i wiem, PO CO go stworzyłem), to chęć wydania 10, 100, 1000 złotych na coś, co mnie akurat napadło, zachwyciło i oszołomiło, łatwo jest odeprzeć. Wystarczy spojrzeć na plan, jak na drogowskaz i zobaczyć, czy te 100 złotych na głupią zachciankę nie spowoduje przypadkiem zejścia z trasy. Jeśli spowoduje, rezygnujemy. Plan to namber łan ;)

Spokój. Zaplanowałem sobie na co przeznaczę miesięczne dochody, przeznaczyłem kwotę na fundusz awaryjny, zaplanowałem kwotę na spłatę kredytu, obliczyłem, ile potrzebuję na jedzenie. Wszystko poukładałem, więc musi się udać. Jeśli budżet jest oparty na rzeczywistych możliwościach i potrzebach, jeśli rozsądnie w nim wszystko zrównoważyłem, to nie muszę się martwić, że nie dam rady, że się nie uda, że pogrążę się w większych długach.

Więcej pieniędzy. Tak, tak... Nigdy nie miałeś/aś poczucia, że gdzieś jakby ta kasa wyciekła. Że przecież nie zarabiam wcale tak mało, a tu brakuje do "pierwszego"? No bo pieniądze nieprzypilnowane pouciekają. Budżet jest najlepszym dozorcą. I okazuje się - jeśli porównamy - miesiąc budżetowy z niebudżetowym, że w tym pierwszym pieniędzy jest jakby więcej.

Jesteś przygotowany. Nie wyobrażam sobie budżetu bez uwzględnienia tego, czego z góry uwzględnić się nie da. Po angielsku emergencies. Składam na kupkę jako fundusz awaryjny a jednocześnie też w budżecie trzymam jakąś sumkę pod ręką. Nagły wydatek? Jestem przygotowany.

wtorek, 01 września 2009

The Simple Dollar przygotował listę miejsc, które kuszą nasze portfele. Takie, gdzie nawet ktoś mocno frugalowy, zostawi gotówkę. I często żałuje... Oto moja lista.

Empik. Miło jest wejść, anonimowo poprzeglądać nowe książki, reedycje ulubionych płyt, nowy numer czasopisma, którego wcale mieć nie musimy, ale warto zajrzeć. I? Zawsze coś ze sobą zabiorę. A to książkę, bo już nie mogę się doczekać, żeby ją przeczytać, albo jakieś gazety... lub czasopisma.

McDonald's i KFC. W swojej pracy dużo jeżdżę (w duecie). Kolega (a zarazem kierowca) około 13stej decyduje się na krótką wizytę, w którymś z powyższych. Na szybką kanapkę i napój. Wchodzę razem z nim, bo przecież nie będę czekał jak kretyn w samochodzie (mimo że ze sobą mam kanapkę i owoce). Poczytam gazetę, umyję ręcę etc... Jasneee... kończy się na tym, że jednak staję przy kasie i coś zamawiam. Na szczęście tylko od czsau do czasu :) Ale jednak.

Stare miasto. Sobotnie popołudnie, spacer, ładna pogoda. I choćbym nie chciał, to jednak lody albo zimny napój w knajpianym ogródku.

Nie kuszą mnie natomiast wcale tak bardzo galerie handlowe, sklepy z elektroniką i wiele innych, które zapewne dla niektórych z Was kończą się sporymi z wydatkami. Przyznaj się, w jakich miejscach Twoja kasa ulega najtrudniejszym próbom?

piątek, 28 sierpnia 2009

Mam od jakiegoś czasu pokusę, by zacząć kupować jednostki funduszy inwestycyjnych. Od paru miesięcy obserwuję fundusz akcji Arka, w którym przez pewien czas trzymałem pieniądze (straciłem, ale wypłata była konieczna). Od 1 kwietnia 2009 do dziś (28.08.09r.) stopa zwrotu to 59,58% (z 21,82 pln urosło do 34,82pln). Myślę więc sobie... zaczyna ładnie rosnąć. Być może to świetny moment, żeby zacząć wkładać tam pieniądze.

Ale... ale... ale...

Ustaliłem sam ze sobą, że najpierw sprawy najważniejsze.

1. Wyjść z długów. W to teraz wkładam pieniądze i uważam, że to najlepsze, co można zrobić. Pozbyć się karty kredytowej i kredytu odnawialnego i mieć psychiczny spokój.

2. Oszczędzać. Odłożyć kwotę na funduszu bezpieczeństwa i mieć jeszcze większy psychiczny spokój.

3. Inwestować. To będzie kolejny krok. W tej chwili odległy, więc się nie rozpisuję.

Wiem jednak, że są tacy, dla których kolejność powyższych punktów jest dokładnie przeciwna. I zapewne mają rację, bo najlepsze (ciągle w to wierzę) jest to, co jest najlepsze dla Ciebie. Ano właśnie... co dla Ciebie jest najważniejsze? Jaka kolejność najskuteczniej sprawdza się w Twoim przypadku?

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Popsioczyłem trochę na bank Millenium, popsioczyłem też drugi raz, a potem jeszcze trzeci raz...

I co? Muszę wszystko odszczekać. Dziś odebrałem wiadomość od banku:

W nawiązaniu do wcześniejszej informacji o zmianach wysokości i zasad pobierania opłat za prowadzenie kont osobistych w naszym Banku wprowadzonych od 1 sierpnia 2009 r, chcielibyśmy przekazać miłą informację o specjalnej ofercie, którą dla Pana przygotowaliśmy.

Bardzo cenimy to, że korzysta Pan aktywnie z serwisu internetowego Millenet.

Dlatego informujemy, że Pana konto o numerze:
xxxxxxxxxxxxxx
będzie prowadzone bezpłatnie od 1 sierpnia 2009 r. przez kolejnych 12 miesięcy."

Cóż... tak powinno być. Nic ponadto.

sobota, 22 sierpnia 2009

porządki

1. Wydać mniej niż się zarabia. Klasyk. Bez komentarza.
2. Zapisywać wydatki. Wielu wydaje się to bzdurne. Że można ten krok pominąć... Że przecież tak ogólnie to wiadomo, ile człowiek wydaje, bo i tak więcej nie ma. "Nie! Nie! Nie! Tak nie!" (cytat za: "Superniania" :) ) Tylko skrupulatne notowanie tego, co w naszych pieniądzach piszczy pozwoli ogarnąć sytuację. Potraktuj domowy budżet, jak firmę. Wyobrażasz sobie normalnie działające przedsiębiorstwo, które nie ma rzetelnej księgowości?
3. Planować i prowadzić budżet. Bez pkt. nr 2 trudno cokolwiek zaplanować. Ale bez planowania i układania budżetu pkt. 2 nie ma najmniejszego sensu. Musisz wiedzieć, gdzie teraz jesteś i precyzyjnie określić, dokąd chcesz dojść. Do tego służy kontrola wydatków i budżet. Co ważne... działa.
4. Pozbyć się długów. To one są tak naprawdę źródłem problemów, hamulcem marzeń i pasożytem na naszych kontach. Po co to? Żadnych kredytów, żadnych pożyczek, żadnych debetów... Nie, karty kredytowe też nie wchodzą w rachubę. Nic. A jeśli ciągle masz jakieś pożyczki do spłacenia, limity do uzupełnienia to zacznij działać razem z wieloma innymi (Witam w klubie), którzy nad tym solidnie pracują. [PS Oczywiście kredyt hipoteczny zostaje. Tylko ten.]
5. Ograniczać swoje potrzeby. Czy naprawdę sądzisz, że wymiana 7letniego (ale sprawnego) samochodu na nowy coś poprawi w Twoim życiu (no bo przecież to takie łatwe, tu jakieś oszczędności, tam małe raty... No - damy radę... "A auto jest piękneee... no mówię ci Krzychu - auto przepiękne")? Myślisz, że normalny człowiek dwa razy w tygodniu musi popić na mieście a obiady to tylko w tej za....stej knajpce na starówce? Nie musi. Chcesz mieć solidny budżet, podstawę do spełniania marzeń, osiągania zamożności i uwalniania się od finansowych problemów? Przyhamuj z wydawaniem.
6. Zwiększać swoje możliwości. Dodatkowy etat? Nadgodziny? Biznes po godzinach? Sam nie wiem. W tej chwili nie wiem, ale gdy zarabiałem bardzo bardzo mało, to całymi popołudniami dorabiałem. I ograniczenie bzdurnych wydatków plus dodatkowe zarobki dają naprawdę solidne turbodoładowanie naszym finansom.
7. Znaleźć swoją motywację i utrzymywać ją na najwyższym poziomie. Ja swoją motywację znalazłem, gdy totalnie się rozsypałem. Gdy nie wiedziałem, dlaczego ciągle nie mam ani grosza wtedy, gdy akurat go potrzebuję. Dlaczego mam coraz większe długi mimo coraz większych zarobków. "Coś tu nie gra... Stop!" - tak sobie powiedziałem i nawet usłyszałem, co do siebie mówię. Od tamtej pory, wiem przynajmniej, do czego nie chcę wracać. Wiem też, co mi się marzy, co chciałbym osiągnąć (mówimy tu o materialnych sprawach) i to jest moja motywacja. Nie płakać nad niezapłaconymi rachunkami i cieszyć się możliwością wyboru zamiast brakiem możliwości. To jest moja motywacja.
8. Działać wspólnie. Zawsze razem. Z żoną, dziewczyną, narzeczoną, współlokatorem. Razem łatwiej. I sensowniej.
9. Czytać. Dave Ramsey "Total Money Makeover", George Clason "Najbogatszy człowiek w Babilonie", Get Rich Slowly. Bez tych lektur nie byłoby Frugala, nie byłoby motywacji, nie byłoby niczego. Ale długi na pewno byłyby większe.
10. Uświadomić sobie, że nie da się od razu uporządkować domowego budżetu. Że nie da się ciągle działać tak samo intensywnie. Że może się nie udać i w którymś momencie na pewno się nie uda. I co najważniejsze... że to tak po prostu jest. Nie zniechęcaj się. Każde solidne porządki najzwyczajniej w świecie muszą potrwać.

Polecam też: "Nasza kasa" - arkusz kontroli wydatków; Finansowy team, czyli jak oszczędzać wspólnie;

środa, 12 sierpnia 2009

1. Zbierz swoje rachunki, wyciągi bankowe, rozliczenia kart kredytowych, żeby ustalić, w jakim dokładnie miejscu jesteś? Ustal:

- ile masz gotówki?

- ile masz oszczędności?

- ile masz na koncie?

- ile masz długów?

2. Stwórz budżet. Nie musi być skomplikowany. Ważne, abyś wiedział, ile pieniędzy miesięcznie dostajesz i na co dokładnie zamierzasz je przeznaczyć. Tak, aby nie powiększać długów.

3. Opracuj system gromadzenia i porządkowania dokumentów, które dotyczą Twoich finansów. (Frugal: ja mam segregator, w którym gromadzę wszystkie dokumenty. Każdy "dział" oddzielam kolorową kartką. Czyli osobno dokumenty związane z edukacją i karierą zawodową. Osobno też dokumenty finansowe - wszelkie umowy kredytowe, zaświadczenia o spłacie pożyczek, wyciągi z konta etc.)

- Znajdź czas raz w tygodniu, raz w miesiącu, kiedy będziesz porządkował swoje dokumenty.

- Namów innych członków rodziny, by też brali w tym udział.

4. Zrób coś! Gdy mamy długi, bałagan finansowy i cierpimy na Syndrom Przyszłego Miesiaca, potrzebny jest plan i determinacja w działaniu. I o nie jest, niestety, najtrudniej.

 Na podstawie Next Month Syndrome - No Credit Needed

Polecam również: Syndrom Przyszłego Miesiąca, 5 pomyłek, przez które nie zaczniesz oszczędzać, Finansowy team

środa, 05 sierpnia 2009

Człowiek wolny różni się od człowieka zniewolonego właśnie tym, że w wypadku katastrofy, niepowodzenia, klęski, nigdy nie obwinia okoliczności, kogoś innego, władzy – on obwinia samego siebie. Człowiek zniewolony zawsze uważa, że ktoś inny winien temu co się stało. Josif Brodski

poniedziałek, 03 sierpnia 2009

Powszechny - myślę - problem nazwał autor serwisu "No Credit Needed". Na czym polega "Syndrom przyszłego miesiąca"?

Kiedy pocztą przychodzi wyciąg z karty kredytowej, obiecuję sobie -

W przyszłym miesiącu się poprawię.

Kiedy limit karty kredytowej sięga końca, obiecuję sobie -

W przyszłym miesiącu się poprawię.

Kiedy znajomy wspomina, że żyje zgodnie z ustalonym budżetem, obiecuję sobie -

W przyszłym miesiącu się poprawię.

Kiedy czytam historię o kimś, kto oszczędza na emeryturę, obiecuję sobie -

W przyszłym miesiącu się poprawię.

Efekty "Syndromu przyszłego miesiąca":
1. Pieniądze kończą się zanim skończy się miesiąc.
2. Ciągłe zamartwianie się o coraz wyższe oprocentowanie i marże.
3. Kwota zadłużenia na karcie kredytowej częściej rośnie niż się zmniejsza.
4. Zwiększająca się sterta niezapłaconych, nieuporządkowanych, często nieotwartych rachunków.
5. Narastające uczucie strachu i obaw.

Są jednak lekarstwa na Syndrom przyszłego miesiąca... ale obiecuję sobie, że napiszę o tym... w przyszłym wpisie ;)

Na podstawie: Next Month Syndrom - www.ncnblog.com

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Frugal

Wypromuj również swoją stronę