Oszczędzanie | Jak wyjść z długów | Jak kontrolować wydatki
Kategorie: Wszystkie | lektury | linki | oszczędzanie | wyjście z długów | życie
RSS
wtorek, 16 czerwca 2009

Pojawiło się w komentarzach zapotrzebowanie na wpis o promocjach, przecenach etc. Czy warto na nie polować? Czy powinno się z nich korzystać? W pierwszej chwili pomyślałem sobie: Eee... nic o tym nie napiszę. Dlaczego? Ano dlatego, że nie jestem łowcą promocji wcale a wcale. Szał przecen nie wpływa w ogóle na moje decyzje zakupowe. Kupuję co mam kupić, a jeśli trafi się jakiś rabat, to tym lepiej.

I tak naprawdę... wciąż tak uważam. Promocje mnie nie ruszają.

Niemniej... zdarzenie z wczoraj spowodowało, że to ugruntowane przekonanie lekko zadrżało w posadach i skłoniło mnie do napisania promocyjnego wpisu.

Otóż... postanowiłem kupić garnitur. Plan: maksymalnie 1000 pln. W trakcie poszukiwań wszedłem do sklepu dość renomowanego i drogiego. Nie zamierzałem tam kupować, bo wiedziałem, że za 1000 można tam kupić najwyżej spodnie. Ale... oglądam sobie, oglądam. Nawet przymierzyłem. Cena 1700 pln. Za drogo. Sympatyczna pani mówi: jest promocja! ("Aha... jasne" - myślę sobie). Ale słucham uważnie, bo garnitur świetny. "Tylko, że trzeba kupić 3 rzeczy!" - ekspedientka rozwija opowieść utwierdzając mnie w przekonaniu, że na pewno nic tu nie kupię. "Pierwsza rzecz minus 20%, druga minus 30% a trzecia minus 50%" - wdaje się w szczegóły sympatyczna pani. ("Pewnie 50% na tę najtańszą" - powątpiewa w myśli Frugal). "Jeśli np..." - podrzuca pomysł lady [czyt. lejdi;)] zza lady - "kupi pan jeszcze koszulę i krawat" ("No jeszcze czego?! Pół sklepu mi chce sprzedać?"... to garnitur mogę policzyć minus 50%".

No i tu pojawiła się kropla, która zaczęła drążyć myślową skałę. Poprosiłem o podliczenie. Okazało się, że garnitur wart 1700 plus koszula 200pln i krawat za 150 mogę dzięki tej promocji kupić razem za 1100 (nieco ponad). Kupiłem.

I teraz pytanie: jestem dzięki promocji na plus czy na minus? Wydałem ponad 100pln więcej niż sobie założyłem. No ale garnitur, który kosztował 1700 kupiłem za 1100 dostając jeszcze koszulę i krawat (krawat i tak planowałem kupić).

Dało mi to do myślenia. Bo może jednak warto zacząć polować na promocję? I zacząć większe zakupy planować tak, by zbiegły się z promocjami? (Parę miesięcy temu planowałem kupić laptopa dla żony. Dzięki temu, że przez kilka dni nie mogłem się zdecydować na konkretny model, "doczekałem się" promocji "Bez VAT" i zaoszczędziłem 450 złotych.).

A teraz PROMOCJA DLA STAŁYCH CZYTELNIKÓW.

Arkusz wydatków "Nasza kasa" zupełnie za darmo a do niego GRATIS arkusz "Średnia wydatków" ;)

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Justyna Kowalczyk

Często mówiłam "nie". Udzieliłam wywiadu tylko jednej kolorowej gazecie, odrzuciłam wiele propozycji udziału w talk-show. Gdybym nie odmawiała, mogłabym zapomnieć o medalach na igrzyskach - mówi dwukrotna mistrzyni świata i zdobywczyni Pucharu Świata w biegach narciarskich Justyna Kowalczyk.

Lata treningów, wyrzeczeń, wstawania w środku nocy i ciężkiej pracy, potwornie ciężkiej pracy. Teraz, gdy osiągnęła sukces, zamiast odcinać kupony, znów treningi, wyrzeczenia i ciężka, potwornie ciężka (a może nawet potworniej niż kiedyś) praca. Mówi "NIE" zamiast pławić się w swoim sukcesie (prawdziwym, co bywa w Polsce rzadkie, sukcesie).

Myślę sobie (zawężając kontekst do finansów i oszczędzania): czy ja tak potrafię? Skupić się, pracować, konsekwentnie rezygnować z tego, co mnie nie przybliża do celu? Czy ja potrafię znaleźć swoje igrzyska i po drodze mówić "NIE"? Potrafię. Ale tylko czasami... Niestety.

sobota, 13 czerwca 2009

average arkusz

Metoda, którą stostuję przy ustalaniu budżetu na kolejny miesiąc polega na zastosowaniu średniej wydatków z poprzednich miesięcy. To niezwykle proste, ale skuteczne. Dzięki temu nasz budżet opiera się na rzeczywistości a nie pobożnych życzeniach.

Jeśli przez ostatnie pół roku średnio na jedzenie wydałem 700 złotych, to nie ma najmniejszego sensu zakładać, że w kolejnym uda mi się zamknąć w 400 pln. Owszem... jeśli wiem, że średnio wydawałem 700 a w tym były słodycze, jakieś wypady na miasto czy pizza zamawiana na telefon, to mogę przypuszczać, że przy odrobinie samodyscypliny dam radę wydać nie więcej niż 650 pln lub nawet 600 a zaoszczędzone 100 przeznaczyć na spłatę karty kredytowej.

Żeby jednak średnia "odpowiednie dawała rzeczy słowo" czyli była faktycznym stanem naszych wydatków musi być, jak sądzę, wyciągnięta z przynajmniej 3 - 6 miesięcy. Przykład z życia wzięty... Standardowo na samochód przeznaczam 200 złotych (paliwo), mogę więc zakładać co miesiąc 200pln w rubryce "samochód". Ale... w marcu wydałem ok. 600 złotych na naprawę i wymianę zużytych części. Co w skali 3 miesięcy zwiększa średnią miesięczną o 200pln. Jeśli jednak taka naprawa pojawia się raz na pół roku, to średnia miesięczna zwiększa się o 100 pln. Wiemy wówczas, że nawet jeśli standardowo wydajemy 200, to warto te 100 odkładać "na bok" z przeznaczeniem na samochód właśnie. Bo i tak trzeba je będzie wydać. Nie musimy wówczas zwiększać zadłużenia na karcie kredytowej czy uszczuplać funduszu awaryjnego (bo przecież miał on służyć na NIEPRZEWIDZIANE WYDATKI).

Stosuję proste narzędzie do wyliczania średniej. Proste, żeby nie powiedzieć prymitywne. Mam jednak nadzieję, że niektórym się przyda, więc postanowiłem je udostępnić. To prosty arkusik, do którego wprowadzam sumę wydatków za poszczególne miesiące i otrzymuję średnią. Może Wam pomóc w ustalaniu miesięcznego budżetu, więc korzystajcie :)

PS

W kwestii obrazka na początku tego wpisu... Plamy po kawie zostały wygenerowane cyfrowo przez program GIMP. Jako prezentacja dla wszystkich miłośników "papierowego" zapisywania budżetu, wydatków etc. Plamy cyfrowe bowiem można cofnąć wciskając CTRL+Z. Kawy, która się rozleje na papier nie usuwa się tak łatwo... ;)

piątek, 12 czerwca 2009

Możesz:

- żyć od pierwszego do pierwszego

- martwić się o każdą złotówkę, której potrzebujesz dziś, a która została wydana przedwczoraj

- nie wiedzieć, co się dzieje z Twoimi ciężko zarabianymi pieniędzmi

- brać kolejny kredyt, kolejną pożyczkę i biec jak chomik w metalowym kółku, coraz bardziej bez sensu

- żyć w strachu, niepewności, poczuciu braku podsycanym przez kolejne niezapłacone rachunki

Możesz też:

- nie oczekiwać kolejnej wypłaty jak kania dżdżu, bo przecież masz lekką finansową górkę na koncie, przyzwoity zapas w funduszu awaryjnym i trochę zainwestowanych pieniędzy

- kontrolować wydatki, odkładać przynajmniej 1/10 dochodów, planować zakupy, zwiększać dochody...

- z listy Stresujących Spraw Tego Świata skreślić rubrykę "Pieniądze"

- realizować swoje pomysły, plany, marzenia

- zapomnieć o nieprzespanych nocach, gdy niespłacenie kolejnej raty kredytu oznaczało pogłębiającą się przepaść

- być mądrzejszy i tym samym bogatszy od wielu Twoich znajomych

- mieć wolność wyboru zamiast przymusu rezygnacji

- po prostu Być.

Zdecyduj.

czwartek, 11 czerwca 2009

lista zakupów

"Klienci dzielą się na trzy grupy: na tych, którzy robią zakupy z planem, tych którzy mają plan, ale kupują też inne rzeczy, oraz na tych bez planu. Ta ostatnia grupa jest najcenniejsza." Piotr Haman, szef firmy doradczej Merchandiser, specjalista od sklepowych półek (źródło: "Gazeta Wyborcza" 8 czerwca 2009 r. str. 27)

Nawet bez tego cytatu (polecam zresztą cały wywiad w ostatnim dodatku "Ludzie i Pieniądze") wiadomo, że bez listy zakupów stajemy się w markecie ofiarami: kuszących promocji, pięknych opakowań, podświadomych zachcianek, precyzyjnie ustawionych półek i towarów na nich ustawionych jeszcze precyzyjniej. Ale pytanie, które zadałem sobie dziś w markecie (towarzyszyłem tylko moim rodzicom, nie kupowałem, więc miałem okazję przyglądać się z dystansu) brzmi: jak precyzyjna powinna być to lista? Jeśli bowiem... no właśnie - mam trzy takie "JEŚLI"

Pierwsze "jeśli"... jeśli zapiszemy na liście "jogurty" - to wystarczy? Czy lepiej zapisać "5 jogurtów marki X". A jeśli uznamy, że właściwie może "6 jogurtów", bo pięć nie starczy do następnych zakupów? To co wtedy? Kupić 6? Czy trzymać się planu bezwzględnie? I jeśli nie kupimy tego szóstego, to świat się przecież nie zawali. Generalnie... czy jeśli lista nie będzie idealnie szczegółowa, to ma sens?

Drugie "jeśli"... jeśli pójdę na zakupy bez listy? To jestem skazany na przegraną w walce z marketowymi czarodziejami, którzy te wszystkie półki poukładali? A może lista wcale nie jest potrzebna, tylko wystarczy nie traktować przestrzeni sklepu jako trasy spacerowej, gdzie chodzimy, podziwiamy i ulegamy urokowi?

Trzecie "jeśli"... jeśli zapiszę "szampon do włosów" to wystarcza czy lepiej zapisać "szampon X" albo "szampon nie droższy niż 10pln". Czym ona właściwie powinna być? Mini-budżetem na te konkretne zakupy? Przypominaczem?

Wiem z doświadczenia, że najwięcej sensu mają zakupy, które poniekąd przypominają bieg przełajowy. Wpadam do marketu z listą tego, co trzeba kupić i wg planu szukam niezbędnych produktów. Na resztę nawet nie zerknę. Zyskuję czas, pieniądze, energię i spokój.

A technicznie? Moja żONA zawsze maszeruje z karteczką i długopisem a potem wykonuje nieznane szerszej publiczności figury akrobatyczne, żeby zakreślić kupione pozycje. Ja wolę spisać wszystko w notatniku telefonu i potem kasować, ale... mogę sobie woleć ;) Karteczka pozostaje niezdetronizowaną królową.

Podsumowując... spacer przez sklep bez żadnego planu wiedzie przez piękne półki ze ślicznymi opakowaniami aż do miłej hostessy, która zaoferuje nam kartę kredytową. Nie daj się. Sam wyznaczaj trasę.

wtorek, 09 czerwca 2009

"Bank to miejsce, gdzie pożyczają Ci parasol podczas ładnej pogody i każą zwrócić, gdy zaczyna padać." Robert Frost

poniedziałek, 08 czerwca 2009

Ostatnie trzy dni spędziłem na wyjeździe służbowym. Jeden aspekt takiego wyjazdu zwraca uwagę w kontekście tematów, jakie poruszam na tym blogu. Pieniądze.

Otóż wydałem przez te trzy dni więcej, niż wydałbym przez 1,5 tygodnia, ale nie wyjeżdżając. I nie chodzi tu o jakieś dodatkowe ksozty. Zwykłe. Jedzenie, napoje, obiady, śniadania, postoje... etc. etc.

Owszem... dostanę dietę delegacyjną = 23pln/dzień, ale to sprawy nie rozwiązuje, bo każdego dnia wydałem kilka razy więcej. Owszem... są może sposoby, żeby jakoś ominąć wysokie koszty śniadań czy obiadów zjadanych w barach i restauracjach, ale gdy wyjazd jest od początku do końca wypełniony pracą, to te sposoby są po prostu nie do zastosowania. Mało tego... wyjazd wymagał ode mnie potrójnego skupienia i twórczego wysiłku, do tego kilkanaście godzin pracy, więc apetyt miałem za trzech ;) Jest na to jakiś sposób? Nie znam.

Aaa... jeszcze jedno. Na szczęście wyjazd był wypełniony pracą, bo nie daj Boże trafi się jakiś wolny wieczór, ktoś wymyśli jakąś służbową "integrację" w knajpie i wydatki rosną dodatkowo.

Dlatego podobnych sytuacji staram się unikać, ale w mojej pracy są one nieuniknione.

czwartek, 04 czerwca 2009

"1989 i później - to było zwycięstwo demokracji? Nie, to było zwycięstwo konsumeryzmu" Ryszard Kapuściński Lapidarium VI

środa, 03 czerwca 2009

NO

Zmiana finansowych nawyków w moim wypadku zaczęła się od "NIE":

- nie potrzebuję najdroższego pakietu kablówki

- nie muszę mieć bardzo szybkiego internetu (szybki w zupełności wystarczy)

- nie muszę codziennie rano kupować soku, słodkiej bułki i gazety

- nie chcę co miesiąc przeżywać stresu z powodu braku pieniędzy

- nie chcę nie czuć gruntu pod nogami

- nie chcę marnować pieniędzy, na które ciężko pracuję

- nie muszę udawać, że stać mnie na wszystko

- nie muszę zgadzać się na każdą propozycję wypadu "na miasto"

- nie boję się ciężko pracować, żeby pozbyć się finansowych problemów

Ale moim głównym finansowym NIE było: "Nie pozwolę sobie na kolejne miesiące, lata niepewności i strachu o przyszłość, o niezapłacone rachunki...". A Ty? Znalazłeś już swoje "NIE"?

wtorek, 02 czerwca 2009

Oszczędzaj, kontroluj, rezygnuj - słyszysz i zastanawiasz się "Po co?". "Nie mam długów, jakoś sobie radzę, nie widzę powodów, żeby coś zmieniać". Na tak postawioną sprawę, zawsze odpowiem "OK". Nie musisz, skoro nie chcesz. Ale czasem wydaje Ci się, że jednak powinieneś. Tylko nie bardzo potrafisz się zmotywować.

1. Znajdź SWOJE "Po co?". Brzmi enigmatycznie. Ale Twoje (właśnie TWOJE, tylko TWOJE) "Po co?" pomoże Ci wyznaczyć cel. Moim głównym "Po co?" w tej chwili jest wyjście z długów. I nie potrzebuję więcej. To mnie napędza. To moja ucieczka do wolności. To mi daje siłę i poczucie sensu. Twoim może być rezygnacja z etatu na rzecz swojego biznesu. Bo nie lubisz swojej pracy. W ogóle nie lubisz pracować, więc może warto dążyć do chwili, gdy Twoje pieniądze będą Cię utrzymywać a nie Twój etat. (oczywiście przerysowuję, bo ludzie, którzy chętnie czytają ten blog, nie znoszą bezruchu ;) ) Ale Twoim "Po co?" może być nowy samochód, nowy dom, wymarzona podróż (dookoła Świata lub do źródeł czasu; jak kto woli). Znajdź SWOJE "Po co?". Problem w tym, że szukać możemy wspólnie, ale znaleźć musisz sam.

2. Nie zapomnij o trudnych chwilach. Gdy nie starczyło do wypłaty. Gdy byłeś głodny, bo zabrakło na obiad. Gdy odcięli prąd, bo nie miałeś na rachunki. Gdy przy kuchennym stole wybierałaś czy ważniejszy jest czynsz czy wymarzona wycieczka klasowa dziecka. Gdy miałeś/miałaś dość... To lekcje, które daje nam życie. Jeśli z nich wyjdziesz, jeśli o nich nie zapomnisz, zawsze będziesz wiedzieć "Po co?"

3. Po prostu. Czy naprawdę trzeba jakiejś specjalnej motywacji, żeby dobrze żyć. Żeby nie brakowało? Żebyś miał kontrolę nad tym, co robisz? Żebyś miał możliwość wyboru? Ok. Małe ćwiczenie... zgromadź fundusz awaryjny równy 6miesięcznym wydatkom, stwórz zapas oszczędności, który pozwoli Ci na małe szaleństwa, gdy tylko przyjdzie Ci ochota (typu wypad weekendowy do dobrego hotelu na mazurach), zbuduj źródła pasywnego dochodu, które pozwolą Ci normalnie i wygodnie żyć nawet bez pracy na etacie. No... i potem z tego wszystkiego zrezygnuj. Owszem, kiepski, groteskowy żart. Ale myślę sobie, że kto raz poczuje finansową wolność, nigdy z niej nie zrezygnuje. Bez dodatkowej motywacji ;)

A jeśli jeszcze Ci mało i chcesz być zmotywowany, czytaj. Są książki mistrzów motywacji. Kiyosaki, Allen, Schafer, Tracy i inni. Słowo pobudza wyobraźnię... i motywację też.

Frugal

Wypromuj również swoją stronę