Oszczędzanie | Jak wyjść z długów | Jak kontrolować wydatki
Kategorie: Wszystkie | lektury | linki | oszczędzanie | wyjście z długów | życie
RSS

wyjście z długów

poniedziałek, 04 stycznia 2010

20/10 metoda na nowy rok

Zaczął się: nowy, budzący nadzieję, że teraz to już na pewno będzie lepiej, rodzący postanowienia itd. itd. Nowy Rok 2010. Wśród wszystkich postanowień te finansowe (obok odchudzających) są najpopularniejsze: zacznę oszczędzać, pozbędę się długów i inne. Dla tych, którzy chcą w 2010 zaoszczędzić i pozbyć się długów proponuję autorską metodę oszczędzania.

Metoda 20/10 na rok 2010. To metoda, która odpowiada na pytanie: ile oszczędzać, ile na długi, ile inwestować.

1. Wstęp

Najpierw łańcuszek, o którym już kiedyś pisałem: 1. długi - 2. oszczędności - 3. inwestycje. Piszę o nim, bo zależnie od Twojej sytuacji finansowej skupisz się albo na 1. i 2. albo na 2. i 3. Jeśli nie masz żadnych długów to interesują Cię tylko 2. i 3. Jeśli masz długi zapomnij o inwestycjach.

2. Metoda "20/10"

Metoda jest szalenie prosta. 20% dochodów przeznaczamy co miesiąc na długi - 10% na oszczędności. Szybkie wyliczenie: do Twojego budżetu domowego wpływa co miesiąc 3500 pln? 2400 przeznaczasz na życie. 750 przelewasz na długi (Jakie konkretnie jeśli mamy ich kilka? To już osobny wątek, ale zawsze warto pamiętać o metodzie kuli śnieżnej) i 350 na oszczędności.

Jeśli nie masz żadnych długów 20% na oszczędności, 10% na inwestycje.

3. Dlaczego ta metoda działa?

Dlatego, że to, co ważne dla domowego budżetu w danej chwili otrzymuje solidny zastrzyk w postaci 20% dochodów (pozbywasz się długów a potem oszczędzasz) ale nie zapominasz o tym, co równie ważne i niezbędne (czyli 10% najpierw na oszczędności a potem na inwestycje). Są oczywiście tacy, którzy stwierdzą, że od razu trzeba inwestować i się bogacić nie tracąc czasu na ciułanie oszczędności. Są też tacy, którzy powiedzą, że lepiej od razu przeznaczyć 30% na spłatę długów, by nie tracić czasu i odsetek kredytowych na ciułanie oszczędności. Być może...

...ale jeśli mam zacząć myśleć o jakichkolwiek inwestycjach, chciałbym mieć najpierw porządek we własnym portfelu (żeby nie budować na piasku). Spłata długów bez odkładania czegokolwiek na boku też wydaje mi się nieostrożna, bo w razie jakiejkolwiek trudnej sytuacji będziesz musiał/a zaciągać kolejne pożyczki.

4. Są pewne trudności

Ta metoda działa tylko wtedy, gdy za 70% dochodów jesteś w stanie przeżyć. Co zrobić jeśli zarabiasz na tyle mało, że 20%+10% odjęte od miesięcznego budżetu pozbawią Cię pieniędzy nawet na jedzenie czy niezbędne rachunki? Znów zastosować metodę 20/10 ale nie w odniesieniu do dochodów, lecz w odniesieniu do dochodów minus rachunki. Musi się udać. A potem poszukać dodatkowego źródła dochodu, bo to najlepsza ze wszystkich metoda naprawy domowego budżetu.

5. Jak wygospodarować z budżetu te "20/10".

Kontrolować wydatki. Każdą złotówkę. Czyli polecam jak zawsze arkusz kalkulacyjny "Nasza kasa".

piątek, 23 października 2009

Mija rok odkąd wystartował frugal.blox.pl (no, prawie rok), mijają dwa lata odkąd dotarła do mnie gorzka prawda, że moje finanse to jeden wielki bałagan. Wtedy zacząłem szukać. Sposobów, pomysłów, metod, jak to wszystko naprawić. Długą drogę przeszedłem, dłuższa jeszcze przede mną. Warto było, warto jest, ale... to wbrew pozorom nie jest łatwe.

Często słyszę: "Wystarczy chcieć!", "Zmień nastawienie!", "Uwierz!", "Zacznij!" a wszystko się odmieni. Być może. W moim wypadku od "chcieć" do "zmiana" było daleko.

Powiem Ci, jak to wyglądało, żebyś nie zniechęcał się bez potrzeby. A zniechęcić się można szybko, gdy nafaszerowany pozytywnym nastawieniem po lekturze jednego z mistrzów motywacji (tak, tak... nie Ty pierwszy widziałeś oczyma wyobraźni miliony po książkach Kiyosakiego czy Allena) zaczniesz borykać się z tzw. szarą codziennością. Oto w skrócie, przez co ja przeszedłem:

1. Poczucie, że coś jest nie tak. Pierwsza pensja, pierwsze raty, pierwsze dodatkowe zarobki, pierwsza pożyczka z banku, pierwsza zmiana pracy, pierwsza karta kredytowa, pierwsza podwyżka, pierwszy kredyt odnawialny. Toniesz. Mimo że zarabiasz pieniądze, o jakich kilka lat wcześniej nie marzyłeś.

2. Postanowienie, że trzeba coś zmienić. I pytanie: jak? Odkrywasz, że nie masz pojęcia, jak się pozbyć długów. Wpisujesz w Google: jak wyjść z długów/how to get out of debt i czytasz. Czytasz. Czytasz. Czytasz... No tak - kiwasz głową. Hmm - mruczysz przy lekturze. No przecież - krzyczysz jak Eureka czy inny Archimedes.

3. Pragnienie, by działać. Bo przecież wszystko już wiesz. Bo przecież przeczytałeś. Te 10000, 20000 pln długów znikną jak sen jakiś upiorny. Zaciskasz pasa. Mija miesiąc. Mijają dwa. Oszczędzasz. Dajesz sobie nagrodę, popuszczasz pasa. Pozbyłeś się 300 złotych długu. Potem odebrałeś z tego 200 złotych nagrody na fajny weekend. Po dwóch miesiącach wyszedłeś o 100 złotych do przodu. Słabo. Martwisz się.

4. Przekonanie, że to wszystko bez sensu. No bo przecież przeczytałeś tyle blogów, książek tyle. Przecież wiesz. Tam mówią: bogaty, bogaty, wolność finansowa, bogaty, nie musisz pracować, jesteś właścicielem biznesów, twoje pieniądze pracują na Ciebie. Piękne. A nawet możliwe. Ale jak to się ma do mojej sytuacji, do tych moich cholernych długów. Ja mam 20000 do spłacenia, które nie pozwalają mi iść do przodu. Poddajesz się.

5. Przewidywanie przyszłości. Nie wyszło, coś się nie udało, ale jeśli nic nie zmienię za 2 lata, za 3 będzie jeszcze gorzej. Wracasz do punktu 2. Znów czytasz. Wiesz jakie błędy popełniłeś, wiesz, że to nie zabawa. Zaczynasz działać od nowa. Ostrożniej. Rozsądniej. Eliminujesz bzdurne wydatki. Ale nie dla lepszego samopoczucia, że coś zaoszczędziłeś. Każda oszczędność (gazety, telewizja, jakieś abonamenty, cowieczorne dwa piwka) idzie na spłatę długów. Ziarnko do ziarnka... (wiem, wyświechtane, ale działa).

6. Udaje się. Maszyna zaczyna się toczyć. Znajdujesz dodatkowy zarobek (w moim wypadku z uporządkowaniem podejścia do pieniędzy zbiegły się: moja podwyżka i znalezienie pracy przez żonę). Wszystko nabiera tempa.

Pamiętaj. Nie wymyślisz nic nowego. Stare zasady: oszczędzaj, spłać długi - działają. Potem: wolność finansowa, bogactwo, inwestycje - czemu nie? Skoro jedno się udało trzeba iść dalej.

To są proste kroki, ale wcale nie są łatwe.

Zobacz też: 10 najpopularniejszych wpisów na frugal.blox.pl i odwiedź mnie na Facebooku.

czwartek, 01 października 2009

Zawsze uznawałem konieczność posiadania funduszu awaryjnego. Do tej pory stosowałem strategię, że do czasu wyjścia z długów będę trzymać 1000pln na koncie oszczędnościowym na wypadek, gdyby popsuł się samochód, trzeba było nagle zapłacić 200 za dentystę or sth. Ale ta strategia okazała się niewystarczająca.

Życie pokazuje bowiem, że te awaryjne sytuacje mają często nieawaryjne oblicze. Przyjechali na weekend dawno niewidziani znajomi. Było miło i fantastycznie, ale 300 jesteśmy w budżecie do tyłu, bo obiady, pokazanie miasta, jakieś lody, wino... To mały przykład. Ale jeśli takie małe przykłady, których planując budżet nie przewidziałem,  występują co chwilę, to trzeba się zastanowić.

To nie byłby problem, gdyby nie konsekwentne wychodzenie z długów. Teraz w budżecie, co miesiąc, przeznaczam 1000 na spłacanie długów. Wszystkie inne kategorie są ściśle rozplanowane. Jeśli zatem pojawia się niespodziewany wydatek 300, to muszę go ściągnąć z 1000 na długi. W efekcie... zaplanowana droga do bycia-wolnym-od-długów wydłuża się.

Co gorsza, nadchodzą miesiące, kiedy trzeba będzie wydać trochę dodatkowych pieniędzy na zupełnie spodziewane sytuacje (ubrania zimowe, opony zimowe, prezenty gwiazdkowe, etc.)

Zmieniam strategię. Na chwilę celowo wstrzymuję spłatę długów (ograniczam się do 200 pln minimalnej kwoty na karcie kredytowej), żeby zbudować nieco solidniejszy niż dotychczas fundusz awaryjny. Wysokość jednej pensji. Plus (w miarę możliwości) wygospodarowanie kwoty na opony, ubrania itd. Żeby spokojnie, po Gwiazdce, "zaatakować" pozostałe długi. Dzięki bezpiecznej kwocie "w zapasie" będę mógł prawdopodobnie przelewać co miesiąc nawet ciut więcej niż 1000pln. Plan do końca grudnia: pompować w fundusz awaryjny.

Wnioski:

- fundusz awaryjny przed rozpoczęciem intensywnej spłaty długów powininen wg mnie równać się miesięcznym dochodom

- po wyjściu z długów warto rozszerzyć go do równowartości dochodów 3 - 6 miesięcznych

- fundusz awaryjny jest niezbędny, bo awaryjne sytuacje zdarzą się na pewno

- jak mawia Dave Ramsey "Walk before run".

Polecam też:

Fundusz awaryjny, głupcze!, Jak stworzyć fundusz awaryjny?

piątek, 28 sierpnia 2009

Mam od jakiegoś czasu pokusę, by zacząć kupować jednostki funduszy inwestycyjnych. Od paru miesięcy obserwuję fundusz akcji Arka, w którym przez pewien czas trzymałem pieniądze (straciłem, ale wypłata była konieczna). Od 1 kwietnia 2009 do dziś (28.08.09r.) stopa zwrotu to 59,58% (z 21,82 pln urosło do 34,82pln). Myślę więc sobie... zaczyna ładnie rosnąć. Być może to świetny moment, żeby zacząć wkładać tam pieniądze.

Ale... ale... ale...

Ustaliłem sam ze sobą, że najpierw sprawy najważniejsze.

1. Wyjść z długów. W to teraz wkładam pieniądze i uważam, że to najlepsze, co można zrobić. Pozbyć się karty kredytowej i kredytu odnawialnego i mieć psychiczny spokój.

2. Oszczędzać. Odłożyć kwotę na funduszu bezpieczeństwa i mieć jeszcze większy psychiczny spokój.

3. Inwestować. To będzie kolejny krok. W tej chwili odległy, więc się nie rozpisuję.

Wiem jednak, że są tacy, dla których kolejność powyższych punktów jest dokładnie przeciwna. I zapewne mają rację, bo najlepsze (ciągle w to wierzę) jest to, co jest najlepsze dla Ciebie. Ano właśnie... co dla Ciebie jest najważniejsze? Jaka kolejność najskuteczniej sprawdza się w Twoim przypadku?

środa, 12 sierpnia 2009

1. Zbierz swoje rachunki, wyciągi bankowe, rozliczenia kart kredytowych, żeby ustalić, w jakim dokładnie miejscu jesteś? Ustal:

- ile masz gotówki?

- ile masz oszczędności?

- ile masz na koncie?

- ile masz długów?

2. Stwórz budżet. Nie musi być skomplikowany. Ważne, abyś wiedział, ile pieniędzy miesięcznie dostajesz i na co dokładnie zamierzasz je przeznaczyć. Tak, aby nie powiększać długów.

3. Opracuj system gromadzenia i porządkowania dokumentów, które dotyczą Twoich finansów. (Frugal: ja mam segregator, w którym gromadzę wszystkie dokumenty. Każdy "dział" oddzielam kolorową kartką. Czyli osobno dokumenty związane z edukacją i karierą zawodową. Osobno też dokumenty finansowe - wszelkie umowy kredytowe, zaświadczenia o spłacie pożyczek, wyciągi z konta etc.)

- Znajdź czas raz w tygodniu, raz w miesiącu, kiedy będziesz porządkował swoje dokumenty.

- Namów innych członków rodziny, by też brali w tym udział.

4. Zrób coś! Gdy mamy długi, bałagan finansowy i cierpimy na Syndrom Przyszłego Miesiaca, potrzebny jest plan i determinacja w działaniu. I o nie jest, niestety, najtrudniej.

 Na podstawie Next Month Syndrome - No Credit Needed

Polecam również: Syndrom Przyszłego Miesiąca, 5 pomyłek, przez które nie zaczniesz oszczędzać, Finansowy team

wtorek, 28 lipca 2009

Przychodzi taki moment, że mam dość. Nie chcę już mi się zbierać paragonów, zapisywać wydatków, rozsądnie gospodarować pieniędzmi, rezygnować z bzdurnych wydatków. Przychodzi czas, że mam po prostu ochotę olać to wszystko. Nie chce mi się najzwyczajniej w świecie myśleć o tym wszystkim, o czym piszę na blogu. Ten czas na szczęście minął (o tym, że nastąpił wiecie dobrze, bo objawił się dłuższą przerwą w prowadzeniu bloga).

Ale potem... minął ten czas, minął urlop i znów nabrałem sił i ochoty, by wstać, otrzepać się z kurzu i ze zdwojoną siłą ruszyć dalej.

Pojawia się jeden problem. Mianowicie pytanie, czy to w ogóle ma jeszcze sens. Czy po takiej przerwie jeszcze się uda? A może to w ogóle nie jest możliwe? "TO" czyli wyjście z długów, oszczędzanie, mądre zarabianie i wydawanie, mądre życie. Otóż... deklaruje z całą świadomością: to jest możliwe i to MA sens.

Co robić po takiej przerwie? Jak wrócić do poprzedniego sposobu myślenia i trybu życia?

1. Poczytać. Wziąłem do ręki "Total Money Makeover", "Najbogatszego człowieka w Babilonie". Poprzeglądałem dawne wpisy na moim ulubionym "Get Rich Slowly". Krótko mówiąc: jeśli wypaliła się w Tobie motywacja, poszukaj jej tam, skąd brałeś ją wcześniej.

2. Cel. Od nowa spojrzeć na cel. Moim celem od początku pisania "Frugala" jest wyjść z długów, zebrać oszczędności i choć przez chwilę w podstawowym stopniu poczuć bezpieczeństwo w domowych finansach. Dziś mam świadomość, że przez ostatnie parę tygodni, gdy nie chciało mi się o domowym budżecie nawet myśleć, zaklinałem rzeczywistość. Chciałem zapomnieć o długach, o tym, że trzeba jeszcze sporo wysiłku włożyć, by się ich pozbyć. Dlatego od nowa spoglądam teraz na cel. Widzę w wyobraźni miejsce, do którego od jakiegoś czasu chcę dojść. I to spojrzenie daje mi siły, żeby wytrwale iść w tym kierunku.

3. Zacząć wykonywać podstawowe, elementarne czynności. Ułożyć budżet na nowy miesiąc, powpisywać wydatki do arkusza kalkulacyjnego, uporządkować rachunki. Po prostu działać, proste ale niezbędne czynności najskuteczniej odpędzają czarne/szare myśli.

I pamiętaj... czegokolwiek nie planujesz, o czymkolwiek nie marzysz... uda się! :)

czwartek, 09 lipca 2009

Pomysły, co z nią zrobić, a nie jak zarobić :)

Dodatkowa, czasem niespodziewana forsa. Marzenie... Z pozoru nierealne, ale jak spojrzymy na swoje finanse w skali roku, okazuje się, że wcale nie jest poza zasięgiem. Premia? Zwrot podatku? Trzynastka? Prezent? Spadek? Wariantów może być sporo. Wszystkie łączy jedna cecha: to nie są pieniądze z miesięcznej wypłaty, na których opierasz swój miesięczny budżet.

Co z nimi zrobić?

1. Spłać długi. Tyle, ile się da. Dostałeś 2000 pln trzynastki a masz 2100 na karcie kredytowej? Wpłać od razu na kartę. Dołóż potem 100 i zapomnij. Powiedziałem "OD RAZU"? Na wszelki wypadek powtórzę: OD RAZU. Zanim dojdziesz do wniosku, że 500 możesz przeznaczyć na tzw. przyjemności a kolejne 500 na rzeczy niezbędne (jak np. czwarta para butów do biegania).

2. Uzupełnij fundusz awaryjny. Jeśli nie masz go wcale, taka dodatkowa wypłata może być doskonałą okazją, żeby zacząć go tworzyć. Jeśli masz już fundusz w wersji minimalnej, masz szansę go powiększyć (w efekcie: inwestujesz w swój finansowy spokój).

3. Zainwestuj. Może nie otworzysz restauracji ani nie kupisz dużej ilości akcji w świetnej cenie, ale załóżmy, że planujesz zająć się grafiką komputerową na mikroskalę albo masz inny pomysł na działalność tylko brakuje Ci komputera (bo ten domowy przez większość część dnia oblegają dzieci... i np. mąż, bo przecież dzieci bez pomocy nigdy nie ukończyłyby 4 etapu "Half-Life 2" [prawdę mówiąc nie wiem, czy ta gra ma 4 etapy, ale mam nadzieję, że maniacy gier dla dobra wpisu, przmkną na to oko ;)]). Możesz więc kupić sobie laptopa, na którym zaczniesz relizować swoje pomysły i który w niedalekiej przyszłości przyczyni się do zarabiania dodatkowych pieniędzy. W każdym razie, jeśli kupisz za te pieniądze nowe krzesła, bo na te kupione 3 lata temu już patrzeć nie możesz, dodatkowa kasa przepadnie.

4. Naucz się czegoś. Mój zwrot z podatku potraktowałem zgodnie z punktami 1. i 2. Gdyby nie było takiej konieczności, najlepszą inwestycją byłby z całą pewnością kurs językowy.

5. Kolacja we dwoje. Jeśli z 2000 pln, 200 wydasz na wieczór z ukochanym/ą, masz: sporą satysfakcję i 1800 pln w portfelu, z którymi możesz wrócić do punktu 1. :)

sobota, 30 maja 2009

"Nauczyłem się, że finanse osobiste to w 20% wiedza a 80% zachowanie (psychologia - przyp. Frugal) Potrzebujesz szybkich zwycięstw, żeby być ciągle zmotywowanym i w efekcie całkowicie wyjść z długów." Dave Ramsey o tym dlaczego lepiej najpierw spłacać najmniejsze długi a nie najdroższe. (Przeczytaj też "Co zrobić, żeby wyjść z długów?")

poniedziałek, 25 maja 2009
karta kredytowa

 Pamiętacie geparda z poprzedniego wpisu? I że należy przed nim zwiewać jak gazela? :) 

No i okazuje się, że polowanie trwa. Kogo? Banków. Na kogo? Na nas, na nasze słabości. Wpaść można na każdym kroku. Gazeta.pl pisze Włożenie do naszych kieszeni możliwie najwięcej kart kredytowych to dla banków jedna z ostatnich desek ratunku w kryzysowych czasach.Zjawisko wciskania nam kart kredytowych nasila się. Zwłaszcza w sklepach, w marketach. Przyczyny?

- kryzys

- zmniejszające się dochody banków

- zwiększająca się konkurencja między bankami. 

Pomijam szczegóły, które opisane są w artykule tj. większe oprocentowanie takich kart w porównaniu z kartami prosto z banku, krótszy okres bezodsetkowy, etc. etc. Tak, szczegóły. Samo zjawisko jest dla mnie niepokojące. Niepokojące również z osobistego punktu widzenia. A to dlatego, że 3 lata temu (w okresie mojej finansowej ciemnoty) kupiłem sobie pralkę. Na raty. Do umowy ratalnej dorzucono mi "w prezencie"  kartę kredytową (o takim zabiegu również wspomina artykuł). "Nie musi pan z niej korzystać" - uprzedziła miła pani. "A to w porządku" - pomyślałem sobie. "Gdyby jednak..." - zarzuciła przynęte na głęboką wodę mojej finansowej nieświadomości - "...wystarczy włożyć do bankomatu, wpisać ten oto tu PIN i już. Będzie działać.". Schowałem kartę do szafki nie słysząc tykania. Co tykało? Bomba zegarowa w zamkniętej szafce. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że w końcu ona odpali. 

Spłacałem spokojnie raty. Minęło 10 miesięcy. Pralka moja, spłacona. Super. Ale przyszedł moment, w którym brakowało mi kasy (banalnie, nie kontrolowałem wydatków, więc przed końcem miesiąca zabrakło jakichś 200-300pln). No i co? No i usłyszałem tykanie z szafki. Odpaliłem nieświadomie bombę (ale uczciwie przyznam... w tamtej chwili traktowałem to jak wybawienie). Co było potem, możecie się domyślić. Wyczerpałem limit. Minimalne spłaty, które wcale karty nie spłacały. Opłaty za spóźnioną spłatę. Etc. etc. 

"W sumie takich kart jest już ok. 4 mln." - podaje wspomniany wcześniej artykuł. Nikt mi nie powie, że ludzie, którym miła hostessa w przejściu w hipermarkecie wcisnęła kartę kredytową ("Ale proszę spojrzeć. Dodatkowe punkty. Koszyk ze słodyczami za założenie w prezencie. Rabaty przy zakupach. 5000 dostaje pan/pani od ręki"), to ludzie świadomi swoich pieniędzy, o ustabilizowanej sytuacji finansowej, którym ta karta nie zaciśnie pętli (w najlepszym wypadku pętelki) na szyi. Skończy się tak, jak to było w moim wypadku 3 lata temu. Widzę często przy kasie małżeństwa z dwiema kartami, które płacą "sklepowymi" kartami. Widzę w wyobraźni jak siedzą potem nad wyciągami z banku. Jak kwota kredytu się nie zmniejsza. Jak zastanawiają się, dlaczego dali sobie to wcisnąć.

Teraz. Gdy widzę hostessę z koszykiem smakołyków i srebrną/złotą/różową kartą, która "uszczęśliwi moje zakupy", krzyczę: GEPARD! I uciekam... :)

sobota, 23 maja 2009

gazele

No właśnie... jak "podchodzić": drobnymi krokami czy w tempie szalonym jak bieg gazeli? "Podchodzić" do oszczędzania, kontroli wydatków i tych wszystkich rzeczy, które Frugale lubią najbardziej. Zadałem sobie to pytanie po wpisach, jakie pojawiły się ostatnio na Get Rich Slowly i na The Simple Dollar. 

Ujmując rzecz w skrócie... autorzy obu blogów zastanawiają się, czy oszczędzanie, kontrola wydatków i ujmowanie swoich finansów w ryzy powinny stać się obsesją. Czy powinno się (powracam do początkowego pytania) podchodzić do sprawy drobnymi krokami czy szaleńczym biegiem? Skąd takie pytanie? Ano z dwóch odmiennych postaw, jakie charakteryzują człowieka, który postanowił zapanować nad swoimi finansami. Gdy odkrywasz, że coś jest nie tak, że masz za dużo długów a za mało oszczędności, że żyjesz od wypłaty do wypłaty, że nie wyrabiasz się z rachunkami i postanawiasz coś zmienić, zaczynasz działać. No właśnie... w jaki sposób lepiej? Czy od razu narzucić sobie bardzo ostre oszczędzanie, odmawianie wszystkiego, co choć trochę zbędne i obsesyjnie dążyć do finansowego celu. Czy lepiej powoli zmieniać swój tryb życia, swoje podejście do pieniędzy?

J.D. Roth z Get Rich Slowly uważa, że lepiej drobnymi krokami wchodzić w nowe życie. Powody? Gdy ktoś od razu rzuci się na głęboką wodę oszczędności i kontroli wydatków: 

- doznaje szoku jakby wskoczył do lodowatej wody

- ma wrażenie, że ten nowy tryb jest opresyjny, że życie stało się formą niewoli

- zamiast płynąć dalej, do wyznaczonego celu, wraca na "bezpieczną wyspę" długów, bo tam czuł się swobodniej; 

Dlatego "najlepszym sposobem na rozpoczęcie oszczędnego (finansowo świadomego) życia są małe kroki."

Natomiast Trent z The Simple Dollar uważa, że by cokolwiek zmienić musisz mieć focus. Niesamowite, ogromne skupienie i intensywne działanie w stronę zamierzonego celu. Inaczej o sukces będzie trudno, bo zmiana podejścia do pieniędzy wymaga zmiany schematów, jakie stosujemy w życiu. Bez takiego skupienia tych sztywnych schematów nie zmienimy. Trent powołuje się na Dave'a Ramseya (o jego strategii wychodzenia z długów pisałem tutaj), który stworzył określenie intensywność gazeli:

 Gazele to łagodne stworzenia, na które nieustannie poluje najszybsze zwierzę na świecie - gepard. Skoro gepard jest tak szybki, to mogłoby się wydawać, że gazele już dawno wyginęły. Jednak gazele nauczyły się, że gepard jest szybki tylko wtedy, gdy biegnie w linii prostej. Gdy więc są ścigane zaczynają podskakiwać, biegną zygzakiem i robią kółka tak długo, aż gepard się zmęczy i odpuści. 

Czas zacząć myśleć jak gazela. Jeśli ty jesteś gazelą a twórcy reklam i firmy kredytowe są gepardem, zacznij podskakiwać, krążyć i biegnij. Rób WSZYSTKO, żeby uciec, żeby nie dać się złapać. Gdy dostaniesz umowę na kolejną kartę kredytową, z niskimi opłatami, niedużym oprocentowaniem i ogromną ilością bonusów, krzycz: GEPARD! i zniszcz to najszybciej, jak się da.

To dwa różne podejścia, dwa różne tempa! A cel jeden...

Ja (Frugal;) bliższy byłem podejściu z Get Rich Slowly. Podjąłem 5 kroków: 

1. Rozpoznałem problem (u mnie sygnałem były dwa fakty: większa pensja i równolegle coraz większy debet na koncie). 

2. Zacząłem szukać wiedzy, czy to tylko mój problem czy też inni go mają. Czytałem, czytałem i jeszcze raz czytałem. Trafiłem na masę amerykańskich blogów o ludziach, którzy mieli ogromne długi i jakoś z nich powychodzili. Notowałem metody, sposoby, jakimi to osiągnęli. 

3. Zacząłem kontrolować wydatki. Ale to też nie stało się od razu, nie w tydzień, nawet nie w miesiąc. Różne bowiem sposoby zapisywania wydatków można znaleźć w sieci. Zaczęło mi się udawać, gdy konsekwentnie i sumiennie zacząłem brać paragony ze sklepów, potem odkładać je do pudełka, które stoi w kuchni a potem przenosić do arkusza kalkulacyjnego, który sam stworzyłem

4. Zacząłem ograniczać wydatki. Zrezygnowałem z gazet, ograniczyłem kanały w kablówce, zmniejszyłem prędkość internetu, mniej wizyt w kinie, dużo mniej jedzenia na mieście, etc. etc. A wszystko co udało się zaoszczędzić, przeznaczyłem na długi.

5. Stosując powoli te wszystkie kroki zacząłem zmniejszać kwotę zadłużenia. Ale wciąż jestem "w drodze". 

Wszystkie te kroki stawiałem stopniowo. Głównie dlatego, że z każdym krokiem uczyłem się, nie wiedziałem co dalej, nie wiedziałem jak. Ale to, co mam wspólnego z gazelą, to skupienie i koncentracja. Chciałem uciec, wciąż chcę się wydostać. Dlatego choć stopniowo i powoli wchodziłem na drogę finansowej świadomości, to cały czas mam przed sobą Cel. I tylko on jest najważniejszy. 

A Ty? Obsesyjnie postanowiłeś zmienić swoje finanse i zacząłeś działać jak gazela uciekająca przed gepardem? Czy drobnymi krokami zacząłeś wchodzić na nowe, nieznane tereny?

 
1 , 2 , 3
Frugal

Wypromuj również swoją stronę