Oszczędzanie | Jak wyjść z długów | Jak kontrolować wydatki

życie

środa, 18 sierpnia 2010

Samochód: nowy czy używany?

W związku z tym, że mój 9letni samochód zaczyna coraz częściej uskarżać się na swoją starość (które to skargi kończą się wizytą u mechanika) zacząłem myśleć o zmianie. Nie jest to myślenie na za tydzień czy za miesiąc, ale czuję, że ten moment jest raczej bliżej niż dalej.

Odwieczny dylemat: nowy czy używany?

Do tej pory zawsze myślałem: używany. Obecne auto również kupowałem używane i generalnie kupowanie używanych aut było w moim przekonaniu bardzo frugalowe.

Dziś już nie mam takiej pewności. Jedna z ludowych mądrości (nie sądze, by była poparta dowodami) głosi, że nowe auto po wyjechaniu z salonu traci 20% swojej wartośći. Ale właściwie o co chodzi? Odpadają jedne drzwi i jedno koło? Nie. Ciągle jest to nowe auto. No ok... zgrywam się. Rozumiem, że to powiedzonko można przetłumaczyć: gdybyś chciał sprzedać po wyjechaniu z salonu, musiałbyś sprzedać o 20% taniej. Ale nie po to kupujesz samochód, by od razu sprzedawać. Prawda? Jeśli kupujesz auto na 7-8 lat, to czy ma znaczenie, że tuż po wyjechaniu z salonu nie sprzedałbyś go w tej samej cenie, za którą kupiłeś?

A używane? Naprawdę się opłaca? Używane to przecież nie tylko cena samochodu. To również koszty dodatkowe. Niektóre rzeczy trzeba by od razu wymienić. Np. pasek rozrządu, może opony. Nigdy nie masz pewności, kto tym autem jeździł i co za chwilę trafi szlag. Mam znajomego, który zapłacił 40tysięcy za samochód używany (VW Touran) i po 3 miesiącach okazało się, że ma wadę silnika, której sprzedający nie ujawnił (choć wiedział). 9 tysięcy na remont silnika. Plus: nerwy, rozczarowanie, czas. Za 50 tysięcy można kupić dobry nowy samochód - choć nie Tourana.

I tu dochodzę do sedna: moim zdaniem lepiej kupić nowy z niższej półki, niż używany z wyższej w tej samej cenie. Nie będę tej tezy bronił jak niepodległości i przekonywał, że Ty też powinieneś tak zrobić. Ale ja tak zrobię za jakiś czas. (Gdybym mógł - jak obecne - kupić auto od własnego ojca, który: a) prawie w ogóle nim nie jeździł; b) wiem, jakim jest kierowcą; wiem, że nic z samochodem się nie działo i nie dzieje, to kupiłbym używane. Bo wiem, że po 5 latach i tak jest prawie nieużywane. Natomiast nie znam się na tyle na samochodach, by ocenić czy kupowany pojazd nadaje się do tego, by normalnie funkcjonować czy nie.)

Myślę też, że przy zakupie samochodu pomijamy najważniejsze pytanie: Do czego ma służyć? Jeśli dojeżdżamy do pracy w mieście, raz w tygodniu na zakupy, raz na miesiąc poza miasto, raz na rok na urlop - to potrzebne jest nam duże, wypasione auto z dużym silnikiem? Raczej nie. Do czego ma służyć? Odpowiedź na to pytanie pozwala łatwo wybrać samochód.

Jest jeszcze jedna kwestia. Jeśli nie mam samochodu, potrzebuję i moge przeznaczyć na niego 10 tysięcy, to powyższy dylemat nie istnieje. Oczywiste. Ale przy 30-40 tys. budżecie, pytanie nabiera sensu. [przyznaję, ja jeszcze sobie trochę pozbieram, poza tym zamierzam jeździć obecnym dopóki zupełnie się nie rozpadnie]

niedziela, 15 sierpnia 2010

Ostatnie tygodnie zupełnie nie sprzyjały pisaniu z kilku powodów:

a) oblepiające upalne powietrze nie sprzyja skupieniu i pracy.

b) nadeszły wakacje, więc trzeba było opuścić na jakiś czas miasto. W tym roku wakacje były bardzo "Frugalowe". Żadnej zagranicy, żadnych drogich wypadów. Skorzystaliśmy z faktu, że rodzice mają duży dom na wsi na Pomorzu, gdzie spędziliśmy miło dwa tygodnie jeżdżąc nad morze (jakieś 25 minut drogi z domu rodziców). A i oni się ucieszyli (chyba ;) ), bo w ciągu roku widujemy się mało.

c) Od etapu oszczędzania Frugal postanowił przejść do etapu większego zarabiania. Założyłem wraz z żoną firmę, którą po godzinach mamy zamiar rozwijać i prowadzić. Wystartowała 1 sierpnia, na razie staramy się informować wszystkich wkoło, co robimy, żeby "pocztą szeptaną" pojawiła się w świadomości ludzi. No i mamy nadzieję, że z tygodnia na tydzień zacznie przynosić dodatkowe dochody. O szczegółach na razie nie chcę mówić, jako że przyjąłem zasadę bycia Frugalem na tym blogu i kropka. Nie mówię o sobie. Nie zdradzam nazwiska. Może to się kiedyś zmieni, zobaczymy...

Sama firma nie niesie za sobą wielkiego ryzyka finansowego. Zainwestowaliśmy:

- 850 pln w stworzenie prostej ale czytelnej i profesjonalnej strony internetowej

- co miesiąc ok. 230 pln (wg tabelki z ZUS) opłat [jesteśmy zatrudnieni na etacie, więc nie obowiązują pełne opłaty] To też nie jest wielkie ryzyko, bo jeśli nie pojawią się zyski, spora część tego wraca w rocznym rozliczeniu podatkowym (błagam, nie dopytujcie o szczegóły :) Nie znam się na tym dogłębnie :) )

- wykorzystujemy sprzęt (komputer) który wprawdzie jest drogi, ale i tak został kupiony razem z oprogramowaniem już wcześniej. To komputer i oprogramowanie, na którym pracuję w pracy, więc i tak chciałem go mieć (używam metafory piłkarza, który ma swoją piłkę w domu, żeby mieć z nią kontakt i nabierać wprawy nie tylko w pracy)

- nie wydajemy na razie na: wizytówki: nie mam przekonania do skuteczności wizytówek (w pracy dostaję ich całe mnóstwo a i tak potem gdzieś się gubią). Jeśli ktoś prosi o kontakt, wysyłamy mu natychmiast smsa z danymi, potem zaś mail z podziękowaniami za spotkanie i danymi kontaktowymi; pięczątkę: jeśli nie ma obowiązku posługiwania się pieczątką, nie posługujemy się nią. Być może tylko na razie, ale na początku stosujemy zasadę, że jeśli na coś nie trzeba wydać pieniędzy, to nie wydajemy. Oprogramowanie biurowe: Google Docs to świetne narzędzie i z niego korzystamy. Nie potrzeba nam rozbudowanych pakietów biurowych, z których legalnie można korzystać tylko na jednym komputerze (lub na kilku za zdecydowanie większą opłatą). Abonament telefoniczny: kupiliśmy telefon na kartę i na razie wystarcza.

d) Nie zmienia to wszystko jednak faktu, że cały czas wkładamy dużo wysiłku w prowadzenie, utrzymanie i wyprowadzenie ku świetlanej przyszłości naszego domowego budżetu :)

e) Jeśli chcecie, by frugalowa motywacja do pisania rosła a nie spadała, polecajcie blog znajomym (nic tak nie 'nakręca' jak świadomość, że czyta nas coraz więcej osób) i zaproście ich (sami siebie też) na: www.facebook.com/blog.frugal [jeśli znacie ludzi, którym oszczędzanie i finanse osobiste są bliskie kliknijcie funkcję "Poleć stronę"] Facebook to dziś jeden z lepszych sposobów na promocję tego, co się pisze. Niech będzie nas tam jak najwięcej :)

wtorek, 15 grudnia 2009

Xmas!

Świąteczna premia. O ile już taką dostaniemy, to jak ją spożytkować? W mojej osobistej podstawowej komórce społecznej mężczyzna (czyli ja) premii nie dostanie, kobieta (czyli żona) dostanie od firmy jakieś 500 pln (hurra!). Niektórzy - wiem - dostają bony do sklepów, kupony na zakupy etc. etc. I co z tym dalej?

1. Jeśli to bon, który trzeba wykorzystać w najbliższym czasie, sprawa jest prosta. Zakupy na świąteczny stół, prezenty... bon odciąży portfel w tym, co w grudniu ważne.

2. A jeśli to gotówka? Wydać na karpie, choinki, kluski z makiem, prezenty itd.? Czy może odłożyć? My postanowiliśmy premię żony odłożyć na oszczędnościowe. Niech rośnie w siłę, wrócimy do niej w nowym roku. Potrzeby pewnie się znajdą. Ale fakt - decyzja nie jest łatwa. Bo droższe prezenty kuszą, bo różniste okazje mamią.

3. A Ty? Dostałeś bon, gotówkę czy tylko (jak ja) przysłowiowe siano, którym można się wypchać (lub na wigilijny stół położyć)? Jak sensownie skorzystać z tego świątecznego dodatku?

środa, 07 października 2009

hazard

No może nie w każdym, ale w wielu. Za najgłośniejszą aferą tego rządu kryją się nie tylko S., Miro, Grzesiu, Krzysiu, Zdzisiu czy inni. Nie kryją się nawet gangsterzy mniej lub bardziej skruszeni. Kryją się przede wszystkim tysiące (miliony?) ludzi w pubach, na stacjach benzynowych, którzy wrzucają kolejne monety, żeby... No właśnie. Żeby co?

Znam kilka rodzin, w których facet jest uzależniony od automatów do gier. Jednego próbowałem nawet pytać, skąd to, po co to, itd. Ale zawsze zbywał to śmiechem, uśmiechem, "tekścikiem" na odczepne. A sprawa lekka nie jest, bo chłopak ma żonę, dziecko, mieszkanie do spłacania i potrafi kilkaset złotych miesięcznie wrzucić w maszyny. Uruchamia sobie jakiś mechanizm myślenia, który powoduje, że jak wygra w miesiącu 150 złotych, to już pozwala własnemu sumieniu na 500 złotych bezpowrotnie wpakowane do kieszeni jednorękiemu bandycie (i czyhającym za nim zupełnie pełnosprawnym bandziorom)

Za tymi maszynami kryją się naprawdę poważne ludzkie dramaty, rozstania, bankructwa, nawet samobójstwa. I wciąż pytanie: Dlaczego? Dlaczego ktoś wrzuca pieniądze do blaszanej maszyny i nie potrafi przestać. Dlaczego ludzie potrafią kraść, żeby tylko wrzucić kolejne pieniądze do automatu? Dlaczego?

wtorek, 29 września 2009

Odkąd zacząłem prowadzić blog o finansach, przyglądam się pod tym kątem nie tylko sobie, ale też innym. Jak wydają pieniądze, jak oszczędzają, jak trwonią, jaki mają generalnie stosunek do pieniędzy (o stosunku ZA pieniądze na tym blogu nie przeczytacie ;). Na podstawie tych obserwacji wyróżniłem 5 gatunków "finansowego Polaka".

Gatunek 1: "Tyle co mam na koncie, wydam." Uznaje, że panuje nad swoimi finansami. Nigdy nie pożycza. Nie szaleje. Gdy pozwoli sobie na jedno piwko więcej w piątkowy wieczór, to już w trakcie zamawiania widzi w głowie konto, portfel i wie, że następnego dnia nie kupi gazety i hamburgera i bilans wyjdzie na zero. Problem polega na tym, że żyje od pierwszego do pierwszego. Nie ma żadnych planów finansowych, nie oszczędza, nie inwestuje, nie marzy. Gdyby stracił pracę, nokaut... zostaje bez niczego.

Gatunek 2: "Wydaję więcej niż mam i wcale o tym nie wiem." Słowa "pracuję i zarabiam" dają mu taką siłę, że wyciąga z nich tylko jeden wniosek: "należy mi się". Więc wydaje. Gdy zmienia pracę, zmienia samochód (na raty). Gdy mu się nudzi, leci na weekend do Londynu i baluje. Jak nie baluje w Londynie, baluje u siebie. I w związku z tym, że zaoszczędził na bilecie lotniczym, "należy mu się" więcej whisky/drogiego jedzenia/kosztownych rozrywek. Więcej wszystkiego. Aha... bank go uwielbia. Odsetki z kolejnych kart kredytowych dają bankowi przyjemny zysk.

Gdy przedstawiciel tego gatunku, nie baluje, nie szaleje, bo np. nie jest typem rozrywkowym, albo gdy nie ma aż tak dużej pensji, by uznać, że drogie szaleństwa "należą mu się", to siedzi w domu. I ogląda telewizję (500 kanałów podstawowych, 3 pakiety kanałów płatnych PREMIUM) w nowym telewizorze (30 rat 0%), zajadając pizzę (na wszelki wypadek zamówił dwie, gdyby jedna była niedobra) i popija schłodzone piwo (na szczęście ma w lodówce duży zapas do wyboru).

Gatunek 3: "Jestem w kłopotach, ale robie wszystko żeby z nich wyjść." Przyszedł kiedyś moment, że zauważył, jak niefajnie jest być Gatunkiem 2. Poczuł na karku konsekwencje. Zaczął czytać, szukać sposobów. Zapisywać wydatki, oszczędzać. Zobaczył, że to przynosi powolne ale jednak korzyści. Czasem się zniechęcił. Potem się znów zachęcił. Ma jeszcze trochę do spłacenia, ale w skali globalnej wszystko zmierza we właściwym kierunku. 

Gatunek 4: "Coś tam zarabiam (nieważne ile, ważne że zarabiam), kasę oddaję  żonie, ona mi daje 100 na piwo i papierosy a resztę mam w d..." Z rozrzewnieniem wspomina czasy, gdy pensje odbierał w kasie. Odkąd wypłata pojawia się na koncie, to on nawet nie wie, w którym kącie. Jest człowiekiem szczęśliwym, bo "te rachunki, tam papiery panie, to u nas żona, ja tam nie wiem...". Nie robi zakupów, nie wie, jaki jest bilans domowego budżetu, nie wie, w którym banku ma konto. Z karty do bankomatu nigdy nie skorzystał. Ubrania, oprócz roboczych, też mu żona kupuje (najczęściej na Gwiazdkę lub urodziny).

Gatunek 5: "Zarabiam, oszczędzam, inwestuję" Gratuluję.

Z własnego otoczenia... najczęściej widuję, spotykam Gatunek 2. W różnych odmianach, podtypach, subgatunkach itd. Często też jakąś mieszaninę Gatunków 2. i 1. Tych, którzy nie przekraczają swoich zarobków, bo zarabiają sporo. Niemniej czują się królami życia i ciągle są "na zero". Ja? Ciągle z mozołem brnę przez obszary, gdzie występuje Gatunek 3. A Ty?

PS

Gdyby ktoś nie odnotował... po bardzo długiej nieobecności, wróciła Frugalistka ze swoimi zapiskami. Polecam.

wtorek, 01 września 2009

The Simple Dollar przygotował listę miejsc, które kuszą nasze portfele. Takie, gdzie nawet ktoś mocno frugalowy, zostawi gotówkę. I często żałuje... Oto moja lista.

Empik. Miło jest wejść, anonimowo poprzeglądać nowe książki, reedycje ulubionych płyt, nowy numer czasopisma, którego wcale mieć nie musimy, ale warto zajrzeć. I? Zawsze coś ze sobą zabiorę. A to książkę, bo już nie mogę się doczekać, żeby ją przeczytać, albo jakieś gazety... lub czasopisma.

McDonald's i KFC. W swojej pracy dużo jeżdżę (w duecie). Kolega (a zarazem kierowca) około 13stej decyduje się na krótką wizytę, w którymś z powyższych. Na szybką kanapkę i napój. Wchodzę razem z nim, bo przecież nie będę czekał jak kretyn w samochodzie (mimo że ze sobą mam kanapkę i owoce). Poczytam gazetę, umyję ręcę etc... Jasneee... kończy się na tym, że jednak staję przy kasie i coś zamawiam. Na szczęście tylko od czsau do czasu :) Ale jednak.

Stare miasto. Sobotnie popołudnie, spacer, ładna pogoda. I choćbym nie chciał, to jednak lody albo zimny napój w knajpianym ogródku.

Nie kuszą mnie natomiast wcale tak bardzo galerie handlowe, sklepy z elektroniką i wiele innych, które zapewne dla niektórych z Was kończą się sporymi z wydatkami. Przyznaj się, w jakich miejscach Twoja kasa ulega najtrudniejszym próbom?

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Popsioczyłem trochę na bank Millenium, popsioczyłem też drugi raz, a potem jeszcze trzeci raz...

I co? Muszę wszystko odszczekać. Dziś odebrałem wiadomość od banku:

W nawiązaniu do wcześniejszej informacji o zmianach wysokości i zasad pobierania opłat za prowadzenie kont osobistych w naszym Banku wprowadzonych od 1 sierpnia 2009 r, chcielibyśmy przekazać miłą informację o specjalnej ofercie, którą dla Pana przygotowaliśmy.

Bardzo cenimy to, że korzysta Pan aktywnie z serwisu internetowego Millenet.

Dlatego informujemy, że Pana konto o numerze:
xxxxxxxxxxxxxx
będzie prowadzone bezpłatnie od 1 sierpnia 2009 r. przez kolejnych 12 miesięcy."

Cóż... tak powinno być. Nic ponadto.

czwartek, 30 lipca 2009

BiedaOstatnie dni spędzam na wsi. Leżę, czytam, nic nie robię, odpoczywam. Ale też obserwuję ludzi. Ludzi wśród których dorastałem, a od których dziś dzielą mnie lata świetlne. Widzę, że wielu z nich żyje dokładnie tak, jak 20 lat temu. Niektórzy gorzej, bo ich domy zaczynają się sypać (podobnie jak uzębienie), ubrania się starzeją. Są krótko mówiąc coraz bardziej zapuszczeni (mówiąc oni, mam na myśli ich samych ale też ich otoczenie). To ludzie biedni w najszerszym tego słowa znaczeniu, nie tylko finansowym - także mentalnym, kulturowym, cywilizacyjnym etc. etc. Dlaczego tak się dzieje? Moim zdaniem są 4 przyczyn biedy: (takiej przeciągłej, niekończącej się, obrastającej z roku na rok chwastami)

Niechęć do zmian. "jest jak jest, zawsze tak było, zawsze będzie" Takie frazy można usłyszeć często. Jak ktoś może wyjść z biedy, zacząć lepiej, wygodniej, ciekawiej, ładniej żyć, kiedy nie chce sobie nawet tego wyobrazić? "To co mam to mi starcza, co ja tam będę..." itd. No właśnie... jest jak jest, a jak nie ma, to się pożyczy. Nie potrzebujemy nic zmieniać.

Niechęć do pracy. Jeden z panów pod sklepem, na propozycję mojego ojca, by pomógł piłować drewno na opał (60pln za 6 godzin pomagania przy piłowaniu), odpowiedział: "Pfii... mi Państwo płaci!" No comment.

Niechęć do innych. Inny człowiek ich nie ciekawi, nie chcą niczego słuchać. Sami wiedzą najlepiej. I "co on mi tam będzie pier.... cwaniak jeden". Więc tym bardziej nie mają ochoty, by zacząć żyć jak ten inny człowiek.

Niechęć do wiedzy. Wiedza o tym, że listonoszka się rozwiodła z mężem jest podawana długim analizom i dyskusjom. Ale jakakolwiek inna wiedza, która mogłaby posłużyć do rozwijania siebie, własnego gospodarstwa, pomnażania pieniędzy i poprawiania życia nie budzi zainteresowania.

Dwa przykłady z najblższego sąsiedztwa:

1. Gospodarstwo rolne. 20 lat temu wyglądało tak samo. Kilka krów, kilka świń, kilka hektarów truskawek czy ziemniaków na polu. Ciągły syf w obejściu. Stary rozpadający się traktor. Żadnego rozwoju, żadnych pomysłów. Żadnej troski o estetykę czy o własną pozycję jako rolnika. A rodzina duża, niektórzy nawet poszli "do szkół". I co? Nic. Słabe tylko sygnały wskazują na to, że to nie jest wiek XIX.

2. Sklepik spożywczy. Właściwie niewielki kiosk z najpotrzebniejszymi artykułami. Pierwszy taki obiekt, jaki powstał w tej wiosce. Prowadzi go małżeństwo. Na moje oko zysk może sięgać 10, 15 może 20 tysięcy miesięcznie. Bo tam od rana do wieczora ciągle ktoś coś kupuje, więc interes zdawałoby się kwitnie. Tyle że... "interes" wygląda dokładnie tak samo jak 20 lat temu. Deski na kiosku się rozpadają. Działa to w ten sam sposób. W dodatku właścicielka jest jedynym sprzedawcą i od 6 - 21 przez 7 dni w tygodniu tam tkwi. Jestem przekonany, że gdyby tylko mieli wyobraźnię, chęć do zmian i pomysły, mogliby mieć solidną sieć sklepów w całej gminie i zajmować się już tylko liczeniem zysków. Tylko po co? A wyglądają nie lepiej, niż ci, którzy w obrębie sklepiku całymi dniami piją piwo. Zapuszczeni, zaniedbani.

Wnioski nasuwają się same:

Żeby było lepiej. Żebyśmy mogli sobie pozwalać na coraz więcej i finansowych kłopotów mieć coraz mniej. I nawet abstrahując od finansów: żeby nie wpaść w biedę mentalną, psychologiczną, kulturową - musimy być w ciągłym ruchu. Pracować, rozwijać się, uczyć, działać, podejmować wysiłek, trud, walkę, garnąć się do ludzi (przede wszystkim do tych, którzy dodają nam skrzydeł a nie ciągną w dół).

Zdecydowałem się napisać o tym na blogu finansowym, bo zamożność czy bieda to dwie strony tego, o czym mówię. Ale nie tylko... bo taka postawa przynosi opłakane efekty w każdej dziedzinie życia.

PS

Żeby dochować zasad rzetelności, powiem, że tacy ludzie to tylko część mieszkańców mojej rodzinnej wsi. Są też inni, dynamiczni, działający czy po prostu normalni. Jednak nie rzucają się w oczy, bo są zapewne zajęci działaniem.

Polecam też: Wykluczeni finansowo, 3 źródła finansowej motywacji

 

poniedziałek, 27 lipca 2009

...a ściślej rzecz ujmując - po wakacjach.

1. Wakacje są drogie. Jakkolwiek na to nie spojrzymy... wakacje są drogie. Czy wylecimy na egzotyczną wyspę, czy wyjedziemy na Mazury, czy pojedziemy na tydzień na Węgry - wakacje są drogie. No ale co z tego? To po prostu jedna z cech wakacji. Nie nowa, nie zaskakująca ani tym bardziej nie zasługująca na krytykę czy biadolenie. Chcesz wypocząć? To będzie kosztować. Nie zmienia to jednak faktu, że warto nad tymi kosztami panować.

2. Wypłać pieniądze na miejscu. Mówię tu o wyjeździe zagranicznym. Nie wiem, czy jest tak wszędzie czy nie (więc proszę nie traktować tych słów jak profesjonalnej porady finansowej), ale na Węgrzech forinty wypłacane na miejscu z bankomatu kosztowały znaczniej mniej, niż forinty kupione w kantorze. Warto jednak pamiętać, że bank pobiera prowizję za taką wypłatę (w moim przypadku 9pln), więc lepiej raz a dobrze, niż codziennie wypłacać mniejsze kwoty.

3. Karta kredytowa nie zawsze jest zła. Tam, gdzie można było płacić kartą, płaciłem. Za te operacje nie zostały pobrane żadne prowizje, przelicznik walutowy taki sam, jak przy wypłacaniu pieniędzy z bankomatu (korzystny, korzystniejszy nawet niż przelicznik w kantorach w moim mieście). Oczywiście wszystko ma sens, dopóki te kwoty mają pokrycie w naszej gotówce. Jeśli nie jesteśmy w stanie tuż po powrocie spłacić tych wszystkich wydatków, to lepiej karty nie ruszać. (Można też, rzecz jasna, płacić zwykłą kartą debetową/bankomatową ale podobno nie zawsze te karty są honorowane).

4. Nie przesadzajmy z oszczędzaniem. Skoro już zdecydowałem się pojechać na wakacje, to chyba liczę się z tym, że podróż i noclegi to nie są jedyne koszty jakie trzeba czy jakie jestem gotów ponieść. Tak... leżak na plaży też kosztuje, zimna cola w zacienionym plażowym barze kosztuje, lokalne dania na kolację w knajpce w centrum kosztują. Ale to są elementy, które powodują, że jest nam wygodniej, przyjemniej etc. Bo tego na urlopie przecież szukamy. I trzeba sobie zdać z tego sprawę jeszcze przed wyjazdem. Piszę o tym, bo obserwując ludzi wkoło (a wielu było Polaków) miałem wrażenie, że niektórzy przesadzają z wysiłkami zmierzającymi do tego by było jak najtaniej. Cały bagażnik butelek z oranżadą przywieziony z Polski mnie po prostu dziwi a może nawet drażni.(bo dlaczego nie dać zarobić właścicielowi sklepiku na miejscu).  Jeśli chciałbym wydać mniej, pojechałbym do rodziców, którzy mieszkają w pobliżu jeziora i niedaleko od morza. Albo został w domu i codziennie robił wypad nad jezioro. Ale przecież chcemy uciec, zobaczyć inny krajobraz, spróbować innego jedzenia. I nie dajmy sobie całej urlopowej frajdy przesłonić myślą: "Nic nie wydam, nic nie wydam, nic nie wydam." To z całą świadomością mówiłem ja - Frugal (ang: oszczędny) :)

5. Nie przesadzajmy z wydawaniem. Jak już obiad to najdroższy. Plus deser. Jak już cola w barze, to może jeszcze piwo, frytki i hot-dog. Jak już leżak, to parasolka plus inne opłaty, bo "co sobie będę żałować". No właśnie czasem należy sobie pożałować i powiedzieć: stop. Mam świadomość, że tydzień na wakacjach wiążę się z tym, że będę chciał wieczorem wyjść sobie do knajpki i zjeść dobrą kolację, że raz będę miał ochotę pójść do aquaparku a raz pozwiedzać okoliczne miasta. I te wydatki uwzględniam, liczę się z nimi (mimo że boli, bo małe nie są). Jednak na miejscu kusicieli, atrakcji, okazji jest dużo, dużo więcej. Wszystkie kuszą a my opanowani przez wakacyjną atmosferę mamy ochotę im ulegać. Rozsądek, przede wszystkim rozsądek.

sobota, 18 lipca 2009

Muszę niestety ogłosić przerwę (wiem, wiem... niedawno była i to długa, więc to nieelegancko.) Ale tym razem po prostu wyjeżdżam. I wbrew wcześniejszym założeniom, nie biorę laptopa.

Wyjeżdżam na krótkie wakacje. Kierunek: Węgry. Czas: 1 tydzień. Obiecuję wrócić wypoczęty i pisać ze zdwojoną siłą.

Liczę więc na wybaczenie. I do przeczytania w poniedziałek 27 lipca.

 
1 , 2
Frugal

Wypromuj również swoją stronę